poniedziałek, 29 czerwca 2015

Od Reece

Zamknęłam drzwi kawalerki i wyszłam z budynku. Słoneczko świeciło, listki na drzewach szumiały, słowem - pięknie. Pomimo tego, że w parku na przeciwko widać śpiącego na ławce malowniczo obdartego żulika, dziecko sąsiadów z góry drze się od świtu, jakby robiło za koguta i pomijając także to, że ktoś właśnie pozuje do zdjęcia na moim motorze. Oczywiście wieczorem nie było już dla mnie miejsca na 'schowanym' parkingu, więc stanęłam w bardziej odsłoniętym miejscu. Parka szczyli w wieku gimnazjalnym siadała na moim motorze i robiła sobie zdjęcia. Podeszłam do nich od tyłu i puknęłam jednego z chłopaków w plecy. Obrócił się błyskawicznie, zobaczył mnie, z kaskiem w ręku, i zrobił się blady jak świeżo otynkowana ściana.
-Moglibyście zejść?-spytałam przesadnie miłym głosem. Zeszli, i to szybciutko.-Cieszcie się, bachorzy, żeście mi niczego nie popsuli, bo bym głowy pourywała i powpinała innymi kabelkami.-warknęłam.
-My... przepraszamy...-zaczęli się tłumaczyć jeden przez drugiego.
-Nie chcę was więcej widzieć przy moim motorze, bo dowiem się, gdzie mieszkacie, już mi stąd!-krzyknęłam, a obaj chłopacy spylili. Z uśmiechem założyłam kask, wsiadłam i odpaliłam.
***
Dochodziło południe, więc ludzie z okolicznych biurowców wpadali po kawę i croissanty oraz inne słodkie przekąski. Przychodzili eleganccy mężczyźni w garniturach z równie eleganckimi kobietami, które zaprosili na kawę. Zastanowiłam się, czy mnie ktoś kiedyś zaprosi na kawę.
Wracałam od jednego ze stolików, kiedy na kogoś wpadłam. Jakiś chłopak. Na mojej białej koszuli, z logo kawiarni wylądowała letnia kawa. Na mej twarzy pojawił się grymas. Niestety, nie mogłam zbesztać klienta, a szkoda.
-Niech się pan nie martwi, nic się nie stało.-wysyczałam tonem, który ociekał jadem. Nie dałam mu dojśc do słowa. Potem zaprezentowałam mu uśmiech typu 'Ciesz się, że nie zginąłeś', odwróciłam się, w biegu przekazałam Giny, jednej z baristek, by przejęła moje zamówienia (podałam jej mój notatniczek) i weszłam na zaplecze się przebrać. Dzięki wspaniałomyślności szefa, każdy ma tutaj pare kompletów uniformów, w razie podobnych wypadków. Gdy wyszłam ze zaplecza, gość który oblał mnie kawą stał przy ladzie i rozmawiał z Giny. Ta rzuciła mi wymowne spojrzenie i zwróciła notatnik.
-Czy czegoś pan potrzebuje?-spytałam, już z miłym, profesjonalnym uśmiechem, jednak w moim głosie nadal brzmiała ostra nuta.-Jeśli nie, to przepraszam, ale są też inni klienci.
Ktoś będzie tak łaskawy....? A jak nie, to zostawcie mnie w spokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz