niedziela, 15 marca 2015

Od Bastien'a c.d: Malii

Ledwo co wszedłem do restauracji a już kelnerzy i kucharze kręcili się obok mnie mówiąc, że szef chce mnie widzieć. W końcu nie mogąc wytrzymać zmierzyłem ich spojrzeniem, zamarli a potem wrócili do swoich zajęć. Odetchnąłem z ulgą i nakładając ubrania służbowe poszedłem do szefa. Jego biuro było na piętrze, po samym wejściu na górę widać było drzwi ów biura. Zanim zapukałem odetchnąłem głęboko, takie wezwania nigdy nie wróżyły nic dobrego. Uniosłem rękę i przysunąłem ją do drzwi. Miałem już zapukać ale zawachałem się. "No pukaj." Spuściłem głowę i zastukałem w drzwi. Z wnętrza pokoju słychać było ciężkie kroki i głosny oddech. Szef otworzył gwałtownie drzwi, wręcz podskoczyłem kiedy mój wzrok zetknął się z jego spojrzeniem. To spojrzenie przeszyło mnie i sprawiło, że znów spuściłem wzrok. Mężczyzna gestem zaprosił mnie do środka, zamknął drzwi po czym usiadł za biurkiem.
-Siadaj.
Wręcz warknął, z szafki wyciągnął brandy i dwa kieliszki. Bez pytania wypełnił kieliszki alkoholem po czym podał mi jeden z nich. Oparł się wygodnie o oparcie fotela i jednym haustem opróżnił kieliszek, odetchnąłe głeboko po czym starał się coś z siebie wydusić.
-Jutro ma przyjechać krytyk kulinarny.
Uniosłem brew i duszkiem wypiłem brandy. Czekałem aż wuj coś doda jednak on milczał.
-A co to ma wspólnego ze mną ?
-To, że całą sprawę zostawiam w twoich rękach. Masz szansę na awans.
Uśmiechnął się szeroko nalewając alkohol do kieliszków. Oparłem łokcie na jego biurku po czym pochwyliłem się nad nim i niedowierzaniem patrzyłem się na mężczyznę.
-Nie patrz się tak na mnie. Już do pracy, ale wypij jeszcze.
Podsunął mi kieliszek a kiedy tylko odstawiłem go na biurko odesłał mnie. Schodząc po schodach szukałem telefonu aby zadzwonić do menadżera. Po krótkiej rozmiowie ustaliliśmy, że mam przyjść do jego mieszkania po pracy.
~*~
Skończyłem o 16:00, od razu wypadłem z budynku restauracji. Po drodze nakładałem kurtkę. Szedłem szybko jako, że Reiley miał czas tylko na dwie godziny. Ludzie w parku jak zwykle patrzyli się na mnie jak na obcego, ignorowałem to. W pewnym momencie wpadła na mnie Malia.
-Nic się nie stało. Ale teraz muszę iść.
Wyminąłem ją ale dziewczyna chwyciła mnie za rękę. Obróciłem się w jej stronę i zmierzyłem chłodnym spojrzeniem.
-Może...
Przerwała widząc mój wyraz twarzy, westchnąłem przewracając przy tym oczami.
-Mów śmiało bo się trochę śpieszę.
Mruknąłem na co Malia drgnęła.

(Malia? )

Od Melloow c.d: Chris'a

Stałam przed drzwiami do mieszkania jak głupia, nadal będąc w lekkim szoku. Dopiero, kiedy uświadomiłam sobie, że za nimi czeka na mnie wygłodniały kot, zaczęłam niemrawo grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy. Miałam tam tyle pierdół, że w końcu się wkurzyłam i rzuciłam nią o podłogę. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła, a kilka rzeczy wysypało się. Kiedy już miałam zdewastować ten piepszony zamek, doznałam olśnienia i wyjęłam spokojnie klucze z kieszeni płaszcza. Na klatce już unosił się cytrusowy zapach rozbitych perfum, więc ociężale pozbierałam przedmioty i otworzyłam mieszkanie. Już na progu przywitało mnie przeciągłe miauczenie kocicy.
- Tobie też rozleguluje się żołądek, sory - mruknęłam zakluczając drzwi i ściągając buty. Nasypałam Morte karmy z jakimś mięsem i wstawiłam do mikrofali popcorn z torebki. Kot je pożądniej ode mnie...
Nagle zadzwonił telefon. Zdecydowaną jego zaletą było to, że nie wyświetlał nieodebranych połączeń i nie nagrywał na sekretarkę. Pełen luz. Podniosłam słuchawkę.
- Melloow la Gladius, słucham? - zakręciłam kosmyk włosów na palec.
- Ty szmato, gdzie byłaś całą noc?! - usłyszałam w słuchawce nawalony głos szefa. Byłego szefa. Skrzywiłam się.
- W domu - odpowiedziałam spokojnie.
- Jeśli nie zjawisz się dzisiaj, możesz pomarzyć o wypłacie!!! - ryczał. Postałam chwilę nie odzywając się. Kiedy czułam, że jest bliski kolejnego wybuchu, odezwałam się:
- Ja. Już. Tam. Nie. Pracuję. - Wycedziłam słodkim tonem.
- Co?! - zarechotał do słuchawki. - Jeszcze będziesz mi BUTY lizać, żebym ci pozwolił wrócić, ty...
- Nigdy. Tam. Nie. Wrócę. Pogodzisz się z tym, dobrze? - wyszeptałam zimno i odłożyłam słuchawkę. Kiedy chciałam wrócić do kuchni, zadzwonił po raz drugi.
- Nigdy. Tam. Nie. Wrócę... - zaczęłam jeszcze raz, powoli. Żeby dotarło do tego pustaka.
- Co ty gadasz, Melloow? Tu Matt. Jeden z fotografów jest zainteresowany tobą po obejrzeniu twojego portfolio, które mu pokazałem. Zostawię mu namiary na ciebie, dobra?
- Matthew sory, ale kończę ten biznes... - odparłam niezdecydowana.
- Nie rób sobie jaj dziewczyno, masz szansę trafić na okładkę!
- Wiesz, że nie dam sobie zrobić zdjęć nago - pokręciłam głową.
- Może uda się coś wynegocjować. Masz czas do jutra wieczorem, zastanów się - powiedzial poważnie, a ja poczułam potworny smród spalenizny i zobaczyłam szary dym wydobywający się z kuchni.
- Matt sory, muszę kończyć - rzuciłam słuchawkę, z której krzyczało tylko ,,zastanów się, zastanów!". W jednej chwili zaszczypało mnie w oczy. Krztusząc się wyrwałam z kontaktu kabel od mikrofalówki i otworzyłam na ościerz oba okna. Musiałam zamknąć kota w łazience, żeby znowu nie zwiał, i nie zważając na wszystko wzięłam resztki torby i jedną wielką czarną popcornową masę, i wywaliłam przez okno. W całym mieszkaniu było aż czarno od dymu.
- To by było tyle z mojej kolacji - mruknęłam. Spaloną mikrofalą postanowiłam się zając później, póki co w napadzie lenistwa wzięłam z szafki jakieś stare chipsy i wypuszczając Morte, rozwaliłam się przed telewizorem.
~*~
Rankiem obudziłam się obolała i niewyspana. Nie założyłam wieczorem soczewek, dlatego teraz słabo widziałam. Zasnęłam w ubraniu, na twardej sofie i przy włączonym programie. Ustawiłam budzik tak, jak trzeba i teraz mam za swoje. Jeszcze kilka dni temu, wracałabym właśnie z którejś zmiany i leżała sobie przed jakąś telenowelą. Jęknęłam, gdy potknęłam się na ciuchach i wysypałam na siebie resztę chipsów. Ledwo dobrnęłam do łazienki, bo panujący wokoło syf nie pozwalał się normalnie poruszać. W łazience było nie lepiej. Rozsypana kuweta Morte, którą powinnam już dawno wyczyscić, jakieś walające się podpaski i rozwalone kosmetyki.
- Melloow, jesteś jednym wielkim syfem - mruknęłam do siebie, biorąc prysznic.
Następnie wybór ubrań, hm. Dłuższa sukienka? Tak ze trzy centymetry mu spasuje? Miejmy nadzieję, że tak. Kiedy się malowałam, przypomniało mi się wczorajsze przejście. Zaczerwieniłam się na myśl o pocałunku. Wczoraj tego nie roztrzasałam, nie było czasu. Czemu on to zrobił? Przecież nie jestem blondynką... ,,ale IQ masz niższe niż niejedna blondynka" - pomyślałam z dezaprobatą. W końcu się wyszykowałam. Zegarek wskazywał na to, że na bank nie zdążę zjeść śniadania. Wymieniając jedzenie kocicy, chwyciłam jabłko i wybiegłam z mieszkania, uprzednio je zamykając. Winda znowu nie działała, więc leciałam na zabicie z dwudziestego piętra.
Przed sklep dotarłam dwie minuty przed czasem, jej. W przejściu przywitał mnie Christopher, który niemalże od razu odrzucił mnie wzrokiem. To było dziwne widzieć go teraz... Tak po tym wszystkim.
- Spodziewałem się tego - warknął i zaprowadził mnie do gabinetu.
- Niby czego?!
- Dłuższa spódnica, nie spóźnianie się i jedzenie, to tak dużo?!
- Przepraszam cię najmocniej, ale spódnica JEST dłuższa, nie spóźniłam się tylko byłam dwie minuty przed czasem, i JEM! - zaczęłam się bronić, co było do mnie niepodobne.
- Założysz to - wyjął z szafy jakiś najobrzydliwszy szary kostium jaki widziałam.
- I ty myślisz, że ja to, k.urwa, włożę? - wskazałam na ubrania. Garsonka była chyba z dziewiętnastego wieku, spódnica była po łydki, a koszula zapinała się po brodę - nie mogłam na to patrzeć!
- Tak właśnie myślę.
- Gdybym miała babcię, nawet ona by tego... Tego czegoś nie włożyła! - parsknęłam rzucając mu wyzywające spojrzenie. Oparłam dłoń na biodrze. Zobaczyłam błysk w oczach chłopaka.
- Albo zakładasz to, albo cię zwalniam, albo idziemy do ciebie, i ja ci coś wybiorę - zrobił nie wyrażająca niczego minę, którą miał opanowaną chyba do perfekcji. Gdybym miała wodę, pewnie znowu stałby mokry. I ja mam wybierać? Żadna z propozycji nie jest kusząca...
- Tylko szybciej, bo już będę musiał z tobą zostać kolejne pół godziny - rzucił nadal trzymając kostium. Skrzywiłam się i odetchnęłam.
- W takim razie... W takim razie idziemy do mnie - dopiero gdy to powiedziałam, uświadomiłam sobie o czym mój mózg zapomniał. Syfsyfsyf. Jeszcze raz spojrzałam na zestaw, który Chris właśnie chował do szafy.
- Chociaż w sumie... Dobra, chodźmy - westchnęłam pokonana.
~*~
Na szczęście nie było wczorajszej powtórki z rozrywki z kluczem. Zanim otworzyłam drzwi, spojrzałam na chłopaka i wydęłam wargi.
- Sam się o to prosiłeś... - powiedziałam, a on wywrócił oczami. Już widzę tę jego krzywą minę, która ujawni się za progiem.
Zaraz po wejściu rzuciłam sarkastycznie:
- Nie ściągaj butów, bo później ich nie znajdziesz.
- Jak uważasz - z kamienną miną rozglądał się dookoła. Prawie zachichotałam, kiedy zmarszczył nos.
- Powiedz mi, dlaczego tu tak śmierdzi? - chyba nie mógł się powstrzymać.
- Efekt moich kulinarnych poczynań - wzruszyłam ramionami.
- Masz szczęście, że nie mam restauracji, bo wtedy jedyne stanowisko dla ciebie to byłby zmywak - nie skąpił sobie kpiny Christopher.
Przeszliśmy do sypialni, czyli salonu. Już przy wejściu prawie zaplątałam się w wiszący na drzwiach biustonosz. Szybkim ruchem zerwałam go i rzuciłam gdzieś w kąt. Przez ramię zauważyłam śmiejące się oczy chłopaka.
- Tu masz szafę. Wybieraj co ci się podoba - prychnęłam wskazując na mebel. Miałam wątpliwości co do jego wyborów, ale im szybciej to załatwimy, tym mniej będę mieć nadgodzin. Poza tym nie mam tam nic, czego nie noszę. Usiadłam wygodnie na kanapie i obserwowałam jego poczynania. Kiedy otworzył szafę, natychmiast wysypała się z niej góra ubrań. Koło mnie położyła się kocica, także lustrujac przybysza. Christopher spojrzał na mnie spojrzeniem, które mówi tyle co ,,really?". Zastanawiałam się, po jakim czasie mnie zwolni. Obstawiam tydzień, może krócej.
Nagle jego wzrok padł na jedną z niewielu rzeczy, które miałam powieszone w szafie. Czarny, pogrzebowy żakiet i najdłuższa spódnica, jaką posiadam, do kolan. To najbrzydsze i najrzadziej używane rzeczy jakie mam. Wstałam, a on wyjął ubrania z szafy takim ruchem, jakby się bał, że zaraz wylecą z niej nietoperze.
- Proszę - powiedział spokojnie podając mi rzeczy.
- Czemu chcesz mnie oglądać w takich śmieciach? - zapytałam ciężko.
- Śmieci to ja widzę jedynie na podłodze. Wszędzie - rzucił oschle, a ja puściłam to mimo uszu. Szybko aczkolwiek niechętnie się przebrałam, i wróciłam do Chrisa, który w tym czasie zdążył już pewnie przepenetrować połowę mojego mieszkania.
- Wyglądam jak... - nie dokończyłam widząc minę chłopaka.
- Jak uczciwy człowiek. A teraz łaskawie chodź, bo czas to pieniądz - pociągnął mnie w stronę drzwi. Zrezygnowana zamknęłam drzwi.
~*~

Cały dzień minął stosunkowo szybko i był stosem papierów oraz wylanych kaw. No i poirytowanych moją niemrawą obsługą klientów. A także wkurzeniem Christophera, w szczególności wtedy, kiedy przyłapał mnie na paleniu. Ale nie było tak tragicznie. Tym razem chłopak nie upierał się przy odprowadzeniu mnie. Staliśmy chwilę przed biurem, a mi na myśl o papierosie trzęsły się ręce.
- Zimno ci? - uniósł brew.
- Nie - pokręciłam głową z niewielkim uśmiechem. - Może zapomniałeś, ale jestem uzależniona.
- Przestań - zrobił zarozumiały wyraz twarzy. - Tak zawsze bywa, kto zanadto używa.
- Wszystko jest trucizną, decyduje tylko dawka - uniosłam oczy ku niebu.
- ,,Nic w nadmiarze" - Pitagoras - wyszczerzył się.
- ,,Rzucić palenie? To łatwe. Próbowałem to że sto razy" - Mark Twain - wydęłam wargi i nieznacznie zbliżyłam się do chłopaka. Potem jeszcze trochę, i trochę. W końcu popatrzyłam w te jego oczy z niebezpiecznie bliskiej odległości. Dotknęłam jego torsu. Przez krótką sekundę sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego, wtedy przechyliłam delikatnie głowę. Nagle złapał mnie za nadgarstek.
- Zagalopowałem się, rozumiesz? - powiedział odwracając wzrok. Wyrwałam rękę.
- Tyle masz mi do powiedzenia?! - krzyknęłam wściekła.
- Melloow, nie teraz - wyprostował się.
- Nie? To kiedy?! Kiedy?! - wrzasnęłam jeszcze i odwróciłam się na pięcie. - Do jasnej c.holery, jesteście wszyscy tacy sami - wydusiłam przez zęby i zaczęłam szykim krokiem się oddalać. Jeśli moja chora podświadomość myślała, że ten gbur za mną pobiegnie, lub coś innego, to się grubo przeliczyła. Zatrzymałam się na wczorajszym przejściu, bo było czerwone światło. Znowu. Miałam ochotę rzucić się pod samochód, ale zamiast tego przyspieszyłam kroku i po chwili byłam na klatce. Otworzyłam drzwi i rzuciłam torbą. Zabrałam telefon i wykręciłam numer
- Matt? Jestem zainteresowana... Tak. Tak. Jutro na dwunastą? Świetnie.

<Chris? ;* takie rzeczy się porobiły default smiley :d liczę na komentarz burdelu Mell ^^ >