Słońce już dawno zaszło za horyzont, gdy skończyłem pracę. Przysiadłem na ławce i rozmasowałem bolące ramiona. Czy ci ludzie muszą tyle śmiecić? Park właśnie zamknięto i latarnie pogasły. Musiałem jeszcze chwilę przyzwyczajać oczy do ciemności, a gdy widziałem już trochę więcej niż własne buty, ruszyłem do domu. Minąłem opustoszały plac zabaw i do pokonania został mi już tylko malutki zagajnik. Nienawidziłem tędy chodzić, gdyż korony drzew doszczętnie zasłaniały księżyc i gwiazdy. Gdy nie towarzyszyło mi światło latarni często widywałem dziwne rzeczy kątem oka, jakby przemykające zwierzęta.
- A kto je tam wie? Ciekawe ile żyje tu wiewiórek - pomyślałem.
Przyśpieszyłem kroku i w kompletnych ciemnościach ukazało mi się światełko w tunelu. Już miałem opuścić to przyprawiające o dreszcze miejsce, gdy w krzakach po lewej coś zaszeleściło. Podskoczyłem i z trudem zdusiłem chęć dzikiego wrzasku. Ze świstem wypuściłem powietrze. Pełen optymizmu podniosłem jakiś kamień ze ścieżki i cisnąłem nim w drzewo tuż nad tym cholernym krzakiem. Nie celowałem dokładnie w krzak, bo nie chciałem nikogo uszkodzić. Co jeśli był to człowiek? Kucnąłem i rozgarnąłem dłońmi gałązki. Uśmiechnąłem się i pomaszerowałem dalej. Nawet jeśli ktoś tam był, to się ulotnił. Przecisnąłem się przez dziurę w ogrodzeniu, nie chciało mi się szukać klucza od bramy po kieszeniach. Otrzepałem kolana z liści i podniosłem się, aby zakryć moje "tajne" wyjście krzakami. Wyobraźcie sobie teraz jakie było moje zdumienie, gdy moim oczom ukazała się postać wychodząca tuż za mną z dziury w barierce. Było to dla mnie z niewiadomego powodu tak komiczne, że uśmiechnąłem się szeroko.
- Osz ty w... - zaklął nieznajomy gdy potknął się o wystający z ziemi korzeń.
Cóż za ciekawy wieczór... właśnie wyglebił się przede mną jakiś typek, który prawdopodobnie łaził sobie po zamkniętym parku. Do tego wylazł tuż za mną nawet mnie nie zauważając. Tak więc gapiłem się tak na niego gdy ten wstał, otrzepał się i jakby nigdy nic zasłonił przejście.
- Ło cholerka! - aż odskoczył. - Duch!
Przez chwilę starałem się odgadnąć o co może mu chodzić, ale dotarło do mnie, że mianem ducha określa mnie. No cóż; ach te uroki życia albinosa.
- Gościu, co ty odwalasz? Wszystko okej? - zapytałem dusząc się ze śmiechu.
<Ktosiu?>




