środa, 11 marca 2015

Od Bastien'a c.d: Malii

Kiedy tylko rozpoczęła się moja przerwa poszedłem się przebrać. Zdjąłem z siebie fartuch, narzuciłem na pledy kurtkę po czym wyszedłem tylnymi drzwiami restauracji. Z kieszeni wyciągnąłem paczkę papierosów a z niej jedną "fajkę". Schowałem paczkę i z tej samej kieszeni wziąłem zapalniczkę. Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się. Poszedłem w stronę kawiarni, po drodze zdążyłem wyciągnąć telefon i słuchawki, włączyłem pierwszą lepszą playlistę po czym schowałem telefon do kieszeni spodni. Szedłem teraz przez park, obserwowałem ludzi którzy siedzieli na ławkach czy też bawili się z psami. Niektórzy czując mój wzrok na sobie rzucali mi nienawiste spojrzenie. Przerwacałem wtedy oczami a potem odwracałem wzrok i szedłem dalej. Wychodząc z parku spojrzałem się, któryś z pracowników restauracji biegł w te stronę, wzruszyłem ramionami ignorując to, że macha rękoma w moją stronę. Ostatni raz się zaciągnąłem, ahh końcówka jest najlepsza. Kącik moich ust uniósł się, wypuściłem dym robiąc kółko z dymu. Wyrzuciłem niedopałek i przydepnąłem go. W momencie kiedy na chwilę się zatrzymałem, żeby jak najszybciej wyciągnąć telefon i odebrać połączenie, poczułem na ramieniu czyiś dotyk. Odwróciłem się i z wyrzutem spojrzałem się na "goniącego" mnie wcześniej pracownika. Był to młody blondyn o piwnych oczach i wiecznym uśmiechu na twarzy. Pracował u nas na pół etatu na zmywaku. Widząc moje spojrzenie zastygł, strząsnąłem jego ręke z ramienia i podniosłem brew.
-Szef prosi żebyś natychmiast...
-Od kiedy jesteśmy na Ty.
Warknąłem karcąc go wzrokiem. Chłopak lekko się zgarbił po czym splótł nerwowo palce.
-Przekarz mu, że przyjdę po przerwie.
Młody skinął głową i zawrócił do restauracji potykając się o własne nogi. Westchnąłem obserwują go, jednak nie trwało to długo. Obróciłem się i poszedłem w stronę kawiarni, dawno bym w niej był gdyby nie ten młodziak. Po kilkunastu minutach otworzyłem drzwi budynku, rozejrzałem się po wnętrzu. Było mało wolnych miejsc, lekko zarzenowany tym, że będę się musiał do kogoś przysiąść poszedłem coś zamówić. Rozejrzałem się po menu wiszącym na ścianie, wybrałem jakieś ciasto i kawe po czym zapłaciłem i poszedłem szukać wolnego miejsca. Z talerzykiem i kubkiem nie było to takie proste, to ktoś odsuwał krzesło i wstając "potrącał" mnie, to dla odmiany jakieś dziecko przebiegało przede mną. W końcu znalazłem dogodne miejsce obok młodej kobiety. Normalnie usiadłbym bez pytania ale w końcu trzeba się jakoś zachować. Rzuciłem krótką formułkę na którą kobieta podniosła wzrok znad telefonu i rozejrzała się po kawiarni. Odpowiedziała krótko i wbiła spojerzenie w telefon. Przyglądałem jej się przez chwilę, dopiero kiedy znów spojrzała się na mnie postanowiłem odwrócić wzrok.
-Wszystko w porządku ?
Skinąłem głową a ona uśmiechnęła się, położyła telefon na stoliku i wyciągnęła dłoń w moją stronę.
-Malia Swan.
Na początku chciałem ją zignorować, patrzyłem się to na jej dłoń to w jej oczy. Po chwili namysłu uścisnąłem lekko jej dłoń, wymusiłem uśmiech.
-Bastien Falco, miło mi.
Szczerze to chciałem z nią trochę porozmawiać jednak, jedyne co zrobiłem to wbiłem wzrok w talerz z ciastem. Chwyciłem widelczyk do ciasta i ukroiłem kawałek, przyglądałem się temu kawałkowi z uniesioną brwią. Prosta szarlotka, jednak ja obejrzałem ją z każdej strony.
-Zawsze tak oglądasz jedzenie zanim je tkniesz ?
Zdezorientowany spojrzałem się na Malię, kobieta patrzyła się na mnie jak na wariata. Jęknąłem nie wiedząc co odpowiedzieć po czym zjadłem ciasto. Talerzyk z widelczykiem odsunąłem od siebie.
-Nawet jeśli to co ?
-Nie wydaje ci się to trochę dziwne.
Rzuciła odrzucają kosmyk który opadł jej na twarz. Wzruszyłem ramionami upijając trochę kawy, z kieszeni wyciągnąłem telefon. Była 12:40, jeszcze miałem trochę czasu.
-Właściwie to czym się zajmujesz ?
Nie było to pytanie na podtrzymujące rozmowę, jednak wydawała mi się ona ciekawą osobą. Uśmiechnąłem się tym razem bez przymusu czy tylko z czystej grzeczności.
-Jestem chirurgiem, a ty ?
-Ja za to pracuje w restauracji, jako kucharz. Może wpadłabyś któregoś dnia ?
Chciałem się ją zapytać o coś innego, czy by może ze mną gdzieś wyszła. Jednak byłoby to nie stosowne jako, że prawie mnie nie zna.
-Czemu nie. Jak się nazywa ?
-Ja ci zapiszę. Hmm ?
Malia skinęła głową a ja wziąłem serwetkę a z kieszeni koszuli wyciągnąłem długopis. Na serwetce napisałem swój numer telefonu, no cóż czasem trzeba się przełamać i zachować się inaczej. Schowałem długopis a potem wstałem od stołu a serwetkę z numerem telefonu podałem Malii. Nim zdążyła coś do mnie powiedzieć ja wyszedłem z kawiarni uprzednio oddając kubek razem z resztą.

(Malia ?)

Od Malii c.d: Jeremiego

Wkurzona szybko wsiadłam do samochodu i czym prędzej odjechałam do swojego domu. Aby się uspokoić włączyłam sobie w samochodzie głośną muzykę. Po powrocie do domu wzięłam swoje dwa pieski na spacer. Następnie wzięłam prysznic i poszłam zrobić sobie mocną kawę. Razem z mocną kawą i telefonem poszłam na wielki balkon. Usiadłam sobie wygodnie na ławce i patrzałam na miasto. W pewnej chwili włączył mi się telefon. Leniwie sięgnęłam po niego. Na ekranie pokazało mi się, że ktoś się mi nagrał. Był to Jeremi. Nie pewnie odsłuchałam nagrania.
-Malia, przepraszam. On nie chciał. Ten koń potrafi. Potrafi być grzeczny i posłuszny. Chciałem cię tylko przeprosić. Jeśli chcesz dalej się ze mną zadawać-wyślij smsa. Przepra...
- Żal! – odparłam głośno rzucając telefon na kanapę. Podeszłam szybko do salonu i włączyłam sobie głośno muzykę. I tak siedziałam na balkonie z godzinę rozmyślając. Potem sięgnęłam nie pewnie po telefon i napisałam szybko wiadomość do Jeremiego:
~ Nic się nie stało Jeremi. Raczej to ty musisz mi wybaczyć, bo poniosło mnie. – wysłałam szybko wiadomość, aby mieć to za sobą.
( Jeremi ? )

Od Megg c.d: Jeremy

~Może nie będzie tak źle?~pomyślałam, na co kąciki moich ust lekko się podniosły. ~Każdy chce mieć wkońcu przyjaciół.
Wyjełam telefon z kieszeni i po chwili odnalazłam też małe słuchawki. Włożyłam je do uszu i zaczęłam słuchać muzyki. Ygh... jutro mam występ w jedym z klubów. Mam przygotowaną jedną piosenkę. Bardzo źle. Nagle poleciała moja ulubiona piosenka. Niektórzy mówią, że z tego powodu jestem taka "inna". Niby wredna, kłótliwa, wymagająca... ale moja ulubiona piosenka to "Love Me Like You Do". W zasadzie, nie wiem czemu mi się podoba. W każdym razie, ani muzyka ani tekst dupy nie urywa. Ta, najlepsze stwierdzenie.
Doszłam do domu i szybko zasiadłam do pianina. Musiałam jeszcze coś wybrać. Po 30 minutach, postanowiłam wybrać:
- The Fox- dla śmiechu,
- Love Me Like You Do- bo mi się podoba,
- Chandelier.
Patrze na zegar. Wzkazuje on 23:42. Okey... Wykąpałam się i poszłam spać.

Wraz z promieniami słońca obudziłam się też i ja. Zrobię to co wczoraj. Idę się przejść. Źeśkie powietrze dobrze na mnie wpływa. Nie wiem kiedy ostatnio tak dobrze się czułam. Zauwarzyłam chłopaka, którego widziałam wczoraj. Podeszłam niepewnie.

< Jeremi? BRAK WENY! ;-; Całe opowiadanie jest do dupy...>

Od Jeremiego c.d: Malii

-Ku.rw.a nawet nie śmiej tak mówić!-Warknąłem-Po prostu ty nie umiesz jeździć. Może i jest trochę nie ujeżdżony, ale da się na nim stępować
Wydarłem się na nią. Co chwilę wylatywało jakieś przekleństwo. Miałem ochotę ją uderzyć. Wzięła swoją torebkę i wściekła wsiadła do samochodu.
-Nara! I się tu więcej nie pojawiaj!-Wrzasnąłem
-Przecież ty mnie tu przyprowadziłeś, idioto!-Miała wzrok, taki, jakby chciała mnie zastrzelić.
Trzasnąłem drzwiami od stajni i wściekły podszedłem do dębującego konia.
-Spokojnie Rozmaryn, spokojnie.-Szeptałem do niego czule-Nic ci nie zrobię.
Chciałem podejść do konia. Z trudem złapałem lonżę i się poślizgnąłem. Rozmaryn rzucił się na mnie. Szarpnąłem lonżom. Koń zadębował. Wytarłem pot z czoła. Ten gó.w.nia.rz zrobił mi wielką siarę. Trząsłem lonżą, by koń się cofnął. Chwyciłem go za wodze. Zrobiłem z nim parę wolt i ruszyłem na dwór, na padok. Uderzyłem o nogi siwego konia batem do lonżowania. Zaczął galopować. Najpierw wolno, a później coraz szybciej. Ze zmęczenia i stresu ledwo trzymałem napiętą linę. Później spuściłem konia z lonży. Położył uszy i kłusem podbiegł do mnie. Strzeliłem batem. Koń odskoczył, ale nadal miał położone uszy. Wyciągniętym galopem, spocony koń biegł wzdłuż białego płotu. Przeklinałem na tego konia. Nagle zobaczyłem ucho ogiera skierowane do mnie. Pierwszy znak. Kiwnąłem głową. O to mi chodziło. Po chwili koń spuścił głowę do ziemi. Przyjrzałem się pyskowi rumaka. Poruszał nim, tak jakby coś przeżuwał. Odłożyłem ciho bat na ziemię. Obróciłem się do konia nie patrząc na niego i czekałem. Koń nerwowo zarżał. Po parunastu minutach podszedł do mnie. Pogłaskałem go, dotknąłem jego czułych miejsc. Podniosłem jego wszystkie cztery nogi. Poklepałem go. Delikatnie przysunąłem stołek i przełożyłem nogę nad grzbietem konia. Usiadłem na niego. Delikatnie go pogłaskałem. Bez niczego-siodła, ogłowia ruszyłem stępem. Koń zwiesił łeb i zaczął parskać. "I co? Można? Można!"-Krzyczałem w myśli na Malię. Odchyliłem się lekko. Koń się zatrzymał. Zszedłem z niego i dałem marchewkę. Zamyślony tuliłem się do rumaka. Może i ogier, ale za to jaki grzeczny! Po dłuższych postanowieniach zadzwoniłem do Malii. "Poczta głosowa, nagraj wiadomość. Pyp"
-Malia, przepraszam. On nie chciał. Ten koń potrafi. Potrafi być grzeczny i posłuszny. Chciałem cię tylko przeprosić. Jeśli chcesz dalej się ze mną zadawać-wyślij smsa. Przepra...-Odezwał się dzwonek oznaczający przerwanie nagrania. Wyszedłem do stajni. Spojrzałem smutno na tabliczkę przy boksie: "Rozmaryn. Matka: Rozalia, Ojciec: Teksas von Degh. 2013.06.03". Wziąłem zgrzebło i szczotkę. Ze spokojem wyczyściłem konia. Jego biała sierść stawała się powoli jaśniejsza. Odłożyłem narzędzia i zacząłem rozplątywać palcami grzywę. Wyczyściłem mu jeszcze kopyta. Zwykle nie chciał podawać, kopał przy tym. Ale jednak terapia join-up dała swoje. Koń był spokojny, nie kładł uszu.
-Piękny konik-Pocałowałem konika w czoło odgarniając mu grzywkę
Wrzuciłem mu do karmidła garstkę owsa i wyszedłem z boksu. Wziąłem miotłę. Gwiżdżąc ogarnąłem stajnię i wszedłem do domu. Przeczytałem parę rozdziałów książki, po czym ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie zupkę chińską. Gdy była gotowa, zaniosłem ją na stół. Dmuchnąłem na łyżkę z zupą. Uch! Gorąca! Gdy troszkę ostygła, zjadłem ją. Puściłem na full muzykę. Klapnąłem się na łóżko i wczułem się w muzykę.


<Malia?>

Nowy!

Powitajmy Bastiena Falco ! 

Od Jeremiego c.d: Megg

-Uważaj jak chodzisz-Syknąłem nawet nie patrząc na osobę, która na mnie wpadła
-Nawzajem-Fuknęła
Odwróciłem wzrok. Stała przede mną wściekła brunetka. Ubrana była w jeansy i czarną bluzkę.
-Jak ja niby miałem zauważyć, że ktoś idzie? Kurde zagapiona w telefon i nie uważa...-Kocham się kłócić z dziewczynami
Milczała. Zmarszczyła brwi i dała mi z półobrotu. Upadłem. Z uśmiechem zabójcy podniosłem wzrok. Potarłem krwawiący policzek. Dziewczyna zakryła dłońmi usta. Wyjęła chusteczki ze swojej torebki i mi podała. Potarłem chusteczką ranę. Od razu się zaczerwieniła. Miałem ochotę dać jej z liścia. Jestem raczej elegancki i dumny, więc tego nie zrobiłem, chociaż byłem na nią wkurzony. Zacząłem na nią mówić najgorsze przekleństwa, jakie znałem. Ona wzruszyła ramionami i obróciła się na pięcie. Odeszła. Wściekły otrzepałem swoje spodnie. Poszedłem się przebrać do domu i obmyć ranę. Może ku.rn.a zostanie blizna! Naburmuszony uwaliłem się na kanapie i włączyłem telewizor. Na wszystkich dostępnych kanałach leciały reklamy. Koszmar! Udałem się do stajni. Osiodłałem Rozmaryna i ruszyłem na padok. Wsiadłem ze stołka. Koń położył uszy. Dałem łydkę i koń zrobił kilka kroków stępem. Musiałem cały czas dawać mu łydki, by szedł. Po występowaniu konia pogoniłem go do kłusa. Koń kładł uszy i tkał. Cały czas uskakiwał w bok. Trzepnąłem go palcatem. Ogier był w furii. Bryknął. Chwyciłem się grzywy. Wreszcie udało mi się równo przy bandzie biec kłusem. Usiadłem w ćwiczebny i wczułem się w ruch konia. Postanowiłem jechać w teren. Podpiąłem popręg, na co Rozmaryn oczywiście położył uszy. Jechałem polną drogą i nagle usłyszałem głos.
-Ładny koń
-Dziękuję-Zawróciłem konia by spojrzeć kto to jest. Zmierzyłem ją wzrokiem
-Ach to ty...-Mruknęła cicho
-Dobra, nie lubię mieć wrogów. Zgoda?
-No okay. Mogę pogłaskać?
Koń wstrząsnął łbem.
-Jeśli nie chcesz mieć głowy...-Wymusiłem uśmiech
Dałem koniowi łydkę i ruszył ze stępa w kłus. Minęliśmy zakręt. Zwolniłem go do stępa i wjechaliśmy na puste pole. Cmoknąłem na konia i zrobiłem półsiad. Ogier zarżał i ruszył do galopu, a później do cwału. Po udanym terenie wróciłem do domu. Odprowadziłem konia do boksu i wrzuciłem mu siana.


<Megg?>

Od Jeremiego c.d: Olivii

-Jeremy.-Skinąłem głową-Już wszystko ok. Nie ukrywam, że czasami lubię kogoś uderzyć. Zwłaszcza takich palantów.
Dziewczyna zaśmiała się odrzucając na bok blond włosy.
-Cóż...czas wzywa. Przykro mi, ale muszę już wiać. Narka.
Naprawdę nie miałem czasu. Musiałem jeszcze iść do zegarmistrza odebrać zegarek, mam więc usprawiedliwienie. Leniwym krokiem ruszyłem w stronę szarego budynku. Przeczytałem napis nad drzwiami. "Zegarmistrz Mariusz". W sumie, to litera "R" w wyrazie "zegarmistrz" odpadła, ale kij z tym. Odebrałem mój stary, skórzany zegarek. Ruszyłem do domu. Wszedłem do mieszkania. Zdjąłem buty i wygrzebałem moją starą gitarę. Dawno już nie grałem. Umiałem parę akordów, ale nic poza tym. Po chwili zacząłem sobie przypominać. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Odłożyłem zakurzony instrument na łóżko i poszedłem otworzyć. Moim oczom ukazała się Olivia.
-Cześć-Zagadnęła nieśmiało
-Hejka. Skąd wiesz gdzie mieszkam?
-Ma się swoje sposoby-Uśmiechnęła się ironicznie-Słyszałam jak grasz.
-Ehh...w prawdzie to ja nic takiego nie umiem...Chcesz wejść?-Zrobiłem zapraszający gest
-No nie wiem.-Zastanowiła się-No okej. Ale na chwilkę.
Weszliśmy do domu. Chciałem odstawić gitarę na swoje miejsce, ale Olivia mnie powstrzymała.
-Może coś zagrasz?-Spytała
Zawahałem się, ale po chwili zacząłem grać.
-Śpiewasz?
-Nie umiem...-Odparłem
Chwilkę jeszcze pograłem i zaprosiłem Olivię do kuchni.
-Chcesz coś? Kawa, sok, herbata, cola, sprite?
-Poproszę troszkę coli.
Nalałem napoju do szklanek. Wypiliśmy i pogadaliśmy troszkę. Po chwili Olivia wstała i biorąc swoją torebkę wyszła z domu.
-Dziękuję-Powiedziała
-Za co?
-No za uratowanie
-Już dziękowałaś-Uśmiechnąłem się-No to na razie.
-Cześć
Odprowadziłem ją wzrokiem do końca ulicy. Spojrzałem na zegar w kuchni. 16:28. Włączyłem telewizor. Po godzinie oglądania zasnąłem przy włączonym sprzęcie. Nagle obudził mnie grzmot. Zaspany wyjrzałem przez okno. Burza. Szybko wyjąłem wszystkie kable z kontaktów i pobiegłem do stajni, bo jak zakładam, Rozmaryn już wariował. Wszedłem do budynku stajni. Tak jak myślałem. Koń dębował w boksie i robił kółka.
-Hoo, hoo. Spokojnie-Szeptałem-To tylko burza głuptasie
Czule mówiłem do konia. Ostrożnie wszedłem do boksu i objąłem łeb ogiera. Spojrzałem mu w oczy. Zacząłem nucić mu do ucha piosenkę. Zerknąłem na zegarek. Przesiedziałem tu 4 godziny, a burza wciąż trwała. Zdecydowałem pójść się umyć. Włączyłem radio dla Rozmaryna, by słyszał głosy i wymknąłem się do domu. Wziąłem gorący prysznic. Wszedłem do łóżka i zakopałem się w ciepłej kołdrze. Poczytałem chwilkę książkę i zgasiłem lampę.


<Olivia?>

Od Melloow c.d: Chris'a

Patrzyłam na talerz. Jedzenie wyglądało apetycznie, ale strasznie tucząco. Nie ani jestem anorektyczką ani bulimiczką ani pasjonatką zdrowego żywienia, ale bez przesady! Jem wtedy, kiedy mi się podoba, poza tym mój żołądek już się przestawił na tryb ,,nocne kanapki i dzienne spanie" więc teraz naprawdę ciężko jest mi cokolwiek przełknąć. Jeszcze w jego towarzystwie. Widelcem rozpaprałam trochę ziemniaków i pokroiłam mięso w drobniutką kostkę. Wzięłam kilka kęsów i popiłam wodą. Chwilę przyglądałam się jak je.
- Prawie nic nie zjadłaś. Będziemy tu siedzieć dopóki to wszystko nie zniknie - powiedział ze snobistyczną miną, a ja odniosłam uczucie, że przede mną siedzi moja matka, która zmusza mnie do przełknięcia ostatniego gryza obrzydliwego, żylastego mięsa. Nie chciałam go zjeść, więc dostałam po dupie, ehh.
- Nie zjem tego wszystkiego...
- Spokojnie, będę z tobą siedział w firmie tyle czasu, ile tylko będzie potrzeba - uśmiechnął się krzywo, a ja zmrużyłam oczy. Ten typ niesamowicie mnie wkurwiał.
- Musisz być tak cholernie władczy? - warknęłam dając nacisk na słowo ,,cholernie". Wiedziałam, że wkurzają go przekleństwa, choć sam ich używa. Może to działa tylko w stosunku do kobiet...? Tak jak myślałam, skrzywił się i odpowiedział:
- Umówmy się, że na wulgaryzmy nie odpowiadam, hm? - uśmiechnął się uroczo i wskazał na mój talerz. - Jeśli zaraz to nie zniknie, sam cię pokarmię.
- Czyli może zniknąć w jaki kolwiek sposób? - wydęłam usta. Nie sprecyzował wypowiedzi.
- Na durne pytania także nie odpowiadam - odpowiedział ze stoickim spokojem, a ja zauważyłam, że jego jedzenie znika w niepokojąco szybkim tępie. Zrezygnowana zaczęłam jeść, nie chciałam czekać do momentu, kiedy skończy i będzie mnie świdrował tym przeszywającym spojrzeniem.
I tak skończył przede mną. Zaczęłam więc przełykać nawet nie gryząc. Z trudem przełknęłam wielki kawałek i wzięłam wody.
- Szybciej szybciej bo ten kotlet zaraz ci zwieje z tego talerza - powiedział kpiąco Chris zakładając ręce na piersi. Myślałam, że ta woda wyjdzie mi nosem! Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, zakrztuszając się piciem i opluwając siebie oraz niezkazitelną marynarkę Chrisa. Zaczęłam gwałtownie kaszleć, a chłopak wstał i walnął mnie w plecy.
- Jesteś naprawdę ochydna - skrzywił się, a ja nabierając właśnie drugi raz napoju, ponownie go wyplułam. Nie mogłam się opanować, cały czas się śmiałam.
- Przepraszam, mogłam ci już wcześniej dać do zrozumienia, że jem jak świnia - powiedziałam nie mogąc się powstrzymać od krzywego uśmiechu. Zalałam pół stolika, Christophera, siebie i prawie się udławiłam.
- W rzeczy samej. Jak boga kocham, nigdy więcej nie zabiorę cię do restauracji - mruknał chłopak ciągnąc mnie za ramię do łazienki.
- Daj spokój, to twoja wina - odpyskowałam mu wycierając się papierowymi ręcznikami.
- Jakbym wiedział, że jesteś niewychowana, to bym jadł w zupełnej ciszy - oparł się o framugę drzwi. Znowu to robił! Znowu mi się przyglądał, z tą głodną miną. Miałam całą mokrą górę, dekolt i biustonosz.
- Fuc.k! - zaklęłam próbując przywrócić się do porządku.
- Półtorej godziny i dwie minuty... - powiedział Christopher patrząc na zegarek.
- Fuc.k! - zaklęłam ponownie. - Mam cały mokry... całą mokrą górę! - jęknęłam.
- I co, mam ci się pomóc tam wytrzeć? - pokazał na mnie brodą z grobową miną. Spojrzałam na niego ciężko i wyrzuciłam chusteczki do kosza. Trudno, te trzy godziny wytrzymam...
- Zamykamy o czwartej, więc potem dam ci wszystkie druczki i zaczniesz je wypełniać - powiedział ściągając zaplamiony garniak. Miał fajną, bladoniebieską koszulę, która na szczęście przetrwała.
- Okej - wzruszyłam ramionami. - Podpiszę wszystko jak leci...
- Nie czytasz dopisków napisanych drobym maczkiem, hm?
- Nie. Są zbyt drobne, żeby marnować sobie na nie wzrok - wzruszyłam ramionami. Nie znam się na umowach, papierach i takich tam. Pierwszy raz jestem w takiej pracy, hello! Wydaje mi się, że powinni być uczciwi, ale zauważając błysk w jego oku... Chyba poświęcę na te dokumenty więcej czasu. Gdy dotarliśmy do biura, było kilkoro klientów, toteż Christopher wziął mnie do przepisywania jakichś obliczeń z wydruku na komputer. Nie miałam w domu laptopa, dlatego rzadko korzystałam z klawiatury, przez co szło mi bardzo opornie. I non stop się myliłam. Christopher był całkowicie pochłonięty sobą i odbieraniem telefonów. Czułam się jak jego sekretarka.
- Jak ci idzie? - zapytał mnie około 15.30. Palce mi odpadały i miałam serdecznie dość klawiatury.
- Mogę zrobić coś innego? - zapytałam z bolesnym wyrazem twarzy.
- Możesz, kawę - rzucił szybko i odebrał komórkę. Wstałam i poszłam do ekspresu. Sam się o to prosił... Wybrałam rodzaj i wzięłam zaparzony kubek. Po kilku chwilach wróciłam do pokoju i położyłam mu kubeczek na biurku. Rzuciłam zalotne spojrzenie spod rzęs i wróciłam do stanowiska. Po chwili usłyszałam głos niezadowolenia...
- Co to jest?! - skrzywił się Chris.
- Gorzka kawa dla gorzkiego człowieka - wzruszyłam ramionami. - Nie zdążyłes wyjawić mi jaką pijasz.
- Normalną! - odpowiedział oburzony i wylał kawę. Wesychnęłam. Życie sekretarki naprawdę nie jest łatwe...

<Chrisunio? ^^ co ty ją tak robotą zawalasz, nie widzisz że przemęczona jest?! ;o>

Od Malii c.d: Jeremiego

Spojrzałam na pięknego białego ogiera Czystej Krwi Angielskiej. Umiałam jeździć konno, ale trochę się bałam, bo widziałam, że koń nie jest jeszcze dobrze ujeżdżony. Spojrzałam na chłopaka, który lekko się uśmiechnął.
- Wiesz ja umiem jeździć, ale boję się tego konia. – powiedziałam patrząc na kask.
- Oj właź na jego grzbiet. Mnie nigdy nie zwalił. – rzekł.
- Nie wieżę Ci.- odparłam szybko.
- Właź na tego konia. – rozkazał. Spojrzałam na niego z dumą. Westchnęłam po cichu i ubrałam na głowę kask. Wyrwałam z rąk chłopaka lonżę i zaczęłam iść w stronę wyjścia. Koń zarżał niebezpiecznie i zarył kopytami w ziemię. Pociągnęłam go lekko, ale ten ani drgnął.
- Mam jeździć na tym porąbanym koniu? – spytałam patrząc na Jeremi’ego, który szedł obok mnie.
- Tak właśnie na tym. – odpowiedział uśmiechając się. Wtem koń gwałtownie ruszył łbem i prawie ugryzł mnie w ramię. Znowu zaczęliśmy iść w ciszy. Po paru chwilach doszliśmy na niewielki plac z przeszkodami. Niepewnie, ale szybko weszłam na grzbiet ogiera. Ponagliłam konia do stepu. Koń ruszył szybko. Nie dało się opanować. Po chwili Rozmaryn stanął na zadnich nogach a ja wylądowałam na ziemi. Koń się uspokoił i zaczął biegać w koło parskając. Szybko wstałam.
- Poj.eban.y koń! – wrzasnęłam ściągając kask z głowy.


( Jeremi ? )