piątek, 3 lipca 2015

Od Liona c.d: Octavii

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie ! Niby z jakiej beczki to wszystko ma się teraz rozjebać ?! Nie moja przecież kurwa wina, że tamten babsztyl się na mnie uwiesił ! Kurwa mać no jebana... Ty ktosiu tam u góry niby jak ludzie mają w Ciebie wierzyć skoro odpierdalasz takie numery, co ?!
Chwila nie uwagi i na dobrą sprawę nie mam już nic.
Kiedy Octavia powiedziała, że powinniśmy nabrać dystansu i od się siebie odpocząć czułem się okropnie, jakby mi ktoś sprzedał porządnego sierpowego prosto w gębę. Zmarszczyłem brwi w niedowierzaniu i przeanalizowałem te słowa czy aby na pewno się nie przesłyszałem. Ale nie, to była prawda. Bolesna, najprawdziwsza prawda.
Stałem sparaliżowany i patrzyłem jej prosto w oczy... Czułem się bezradny, naprawdę jak nigdy. Zacznijmy może od tego, że nigdy nie miałem problemu jak dziewczyna ze mną zrywała, a tym bardziej jak  nie dziewczyna ze mną zrywała. Niby nie byliśmy ze sobą oficjalnie jednak zachowywaliśmy się jakbyśmy znali się od lat...
Aż dziwnie to przed sobą przyznać, ale chyba mi na niej zależy i nie takie zależy jak brat - siostra czy kolega - koleżanka. Jak chłopak - dziewczyna.
- Skoro tak uważasz... - wyszeptałem tak cicho, że sądzę, iż nawet dziewczyna tego nie słyszała.
Stałem nieruchomo podążając za nią wzrokiem kiedy schodziła po schodach. Nawet się na mnie nie spojrzała, nie chciała. Odeszła od tak, bez żadnego zawahania, nawet najmniejszego... Chciała to zrobić, po prostu chciała.
A co jeżeli już wcześniej jej się najzwyczajniej w świecie mną znudziła ? I to był pretekst? A może była ze mną z litości ?
Stałem tak i wymyślałem tysiące różnych przyczyn i powodów przez dziesięć, a może dwadzieścia minut. Totalnie straciłem rachubę w czasie. Już nie pędził tak jak wtedy gdy była przy mnie Octavia, teraz wlókł się jak ślimak, który zamierza przemierzyć cały świat.
Kiedy jako tako zebrałem się do kupy postanowiłem iść i się porządnie najebać. Alkohol nie pyta, alkohol rozumie.
W pierwszej kolejności skierowałem się do baru, którego od zawsze byłem stałym klientem, jednak zrezygnowałem ze względu na powstałą w moim życiu sytuację. W dzisiejszych czasach o znalezienie klubu nie trudno, zaledwie dwie przecznice dalej znalazłem jakiś o nazwie "A.M.N.E.S.T.I.A ". Ciekawe czy nazwa oddaje to co się w nim dzieje i czy faktycznie nic się potem nie pamięta.
Hmm... czemu by nie spróbować. Czy mam coś do stracenia ? Nie, już nie. Hah, jak miło. Podszedłem do wejścia, gdzie bramkarz wpuścił mnie dopiero po kupnie wejściówki za 200. Dziwne, rzadko kiedy płaci się za wejście, no ale niech będzie.
Już po pięciu minutach wszystko stało się jasne. Płacisz na wejściu i robisz co chcesz, pijesz co chcesz przez cały pobyt. Ah, to dlatego pełno tu narąbanych w cztery dupy ludzi, ale w cale nie tak dużo jak na zwykłych dyskotekach. Otóż ja miewam przychodzą tu jedynie Ci zaprawieni w boju by im się to opłacało.
O tak mi się to zdecydowanie dzisiaj opłaci. Usiadłem przy barze i zamówiłem szklankę czystej, którą delektowałem się zaledwie przez dziesięć sekund. W chwilę potem piwo poganiało jakiegoś drinka, a drink piwo. Ilość pustego szkła nieustannie się w okół mnie zwiększała. Ludzie coś tam do mnie gadali jednak szczerze dość bardzo mocno mnie to waliło. W pewnym momencie postanowiłem urozmaicić swoje menu i w mieszankę drinków, piwa wmieszałem jeszcze whisky, wino oraz przeróżne smakowe wódki.
Nie bardzo się orientuję co działo się ze mną i w około mnie jednak w pewnym momencie lokal zaczął pustoszeć. Tak i to ostatnie spostrzeżenie jakie mojemu mózgowi udało się zajerestrować.

***

Rano obudziłem się na klatce schodowej pod drzwiami od mojego domu z kluczami w zamku. Ah, pewnie byłem tak narąbany, że nawet nie wiedziałem w która stronę trzeba je przekręcić... Powoli wstałem jednak nie miałem nawet kaca. Dlaczego ? 
Otóż nie wytrzeźwiałem jeszcze na tyle by go mieć, ale wystarczająco by mniej więcej łączyć z rzeczywistością. Wlazłem do domu, a poranne światło niemile mnie przywitało oślepiając mnie swoim blaskiem. Od razu zasłoniłem rolety w całym domu i biorąc ze sobą połowę połowę barku usadowiłem się przed telewizorem. Włączyłem akurat na jakieś pamiętniki kiedy jakaś szczęśliwa w chuj para wciskała sobie języki do gardeł.
- CO ZA DNO ! - warknąłem i pizgnąłem flaszką w ekran. Zarówno on jaki ona nie przetrwały wybuchu mojego gniewu. - Nosz kurwa, mój alkohol ! - zaskomliłem niczym mały kociak, któremu zabrano najsmaczniejsze mleko spod pyszczka. 
Wysoko procentowy bimber, którego byłem szczęśliwym posiadaczem pozwolił mi się wyluzować. Ale ja naprawdę nie mam problemu z alkoholem... Ja się tylko dobrze bawię. Tak. Tak, tylko bawię. Korzystam z życia, wszystko jest dla ludzi. Przecież tak właśnie jest.

***

Moje kolejne dni wyglądały bardzo ale to bardzo podobnie od dobrego tygodnia nie byłem trzeźwy, a mój dom wyglądał jak jakiś burdel. Telewizor potłuczony, wszędzie woń zbitego niestety alkoholu, pełno papierów, jakiś kubków, szklanek, resztek żarcia pełno szmat, zero światła, uschnięte rośliny no i generalnie wszystko już żyło swoim życiem.
W końcu od wizyty w tym pubie "pijesz ile chcesz" zdecydowałem się na wyjście z domu. Na zewnątrz dostałem szoku. Hałas, ludzie, ruch i oślepiająca jasność. Natychmiast miałem ochotę powrócić do mojej jaskini, w której byłem całkiem sam ale za to szczęśliwy. Kiedy człapałem przed siebie w bliżej nieokreślonym kierunku mijały mnie istoty o znajomych mi twarzach. Bardzo dziwnie się na mnie patrzyli, a ja jedynie mordowałem każdego z nich wzrokiem.  Tak to wszystko ich wina.
Po jakimś czasie zawędrowałem na obrzeża tej mieściny, na te bardziej nieprzyjemne rejony.
Nie musiałem długo szukać kiedy drogę zaszło mi dwóch przesympatycznych panów, chcących mi sprzedać coś na wieczne szczęście. 
No to co nie kupię ? Kupię, kupię. Tylko, że mnie nie stać... to przykre bo to drogie.
- A za telefon ? - zaproponowałem, a oni byli tak zdziwieni jakby kurde świętego Mikołaja zobaczyli.
- Spoko.
No i dobrze i tak był na kartę, a więc jak wygadają resztę to ich sprawa a ja i tak nie mam do kogo dzwonić więc jest mi zbędny !  A w zamian za to będę hepi ! 
Uradowany wróciłem do domu i tak jak panowie zalecili wysypałem trochę na stół po czym pochylając się wciągnąłem to na raz. Łaskotało więc zachciało mi się kichać jednak popiłem to alkoholem. Mówię wam, mój rzekomo ciemny pokój był kolorowy, a odlot całkowity.
Nazajutrz spróbowałem innej metody, mieszając ten śmieszny pyłek z alkoholem pyknąłem go sobie w rękę. To dopiero był power ! Zadziało tak szybko, że nie zdążyłem kurde wcisnąć tego do końca.
Było mi tak lekko i przyjemnie, że postanowiłem iść na spacer. Szedłem parkiem kiedy minąłem się z tą laską... Tą kurwa... Od ślubu.
- Lion ? - zagadnęła, a ja zatrzymałem się próbując utrzymać pion.
- Dla Ciebie Liolel panien...panienko. - bełkotałem mimo tego, że dokładałem mnóstwa starań by wysławiać się zrozumiale.
- Chłopie co się z Tobą stało ? - uniosła przerażona brwi.
- Hip - czknąłem. - Nic. Żyje. Jest pięknie tak kolorowooo ! - zaśmiałem się i okręciłem w okół siebie zadzierając głowę tak by patrzeć w niebo.
- Piłeś. To na pewno. Ćpałeś? Spójrz na mnie. - warknęła i złapała mnie za buzie patrząc mi się prosto w oczy. - O kurwa, Ty  bierzesz prochy.
- Nie, nie... to recepta  na szcz...czsze... - machnąłem ręką. - ni ważne.
- Że Octavia się z Tobą zadaje.
- Nie zadaje. - pokręciłem palcem. - Mam inną miłość.
- Hę? 
- Chociażby to drzewo. - podszedłem i przytuliłem się mocno do słupa.
- Ah, to szczęścia życzę. - westchnęła ciężko.
- Nie mów jej, będzie zazdrosna, a ja jestem szcz...zadowolony. - zapewniłem.
- Ta... Nie powiem. Trzymaj się Liolel.
No i kobieta sobie poszła. Hihi zostałem sam z moim drzewem. Ono mnie nie rzuci. Nie ma jak. A poza tym moja Martynka sądzi, że tamta krowa i tak powie to mojej byłej. Hmmm... Martynka zna się na życiu więc zapewne ma racje. Ale nic im do tego to moje życie.
- Martynuś, juto psyjde.
Pożegnałem się i wróciłem do tęczowej groty pełnej jednorożców i wstrzyknąłem sobie eliksir życia. Od tej pierdolonej igły mam masę dziur na rękach, ale warto...


< Emmm... Octavia? To się porobiło... Eliksir życia połączył Martynkę i Liolela XDD >

Kici CD Levi'ego

Spojrzałam na niego nieco zdzwiona. Zatrzymałam się na chwilę.
- Nie masz za co przepraszać, też jest to moja wina. – powiedziałam.
Trochę chyba źle zrobiłam, że poszłam z nim tam, a później wyszło jak wyszło. Jednak teraz nikt mnie za to nie ochrzani. No cóż, nic nie zrobię. Popatrzyłam na niego jeszcze przez chwilę. Odwróciłam głowę tak, że znowu patrzyłam przed siebie. Jednak szybko tego pożałowałam, prawie wpadłam na latarnię. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, popatrzyłam na niego chłodnym wzrokiem – w sumie próbowałam, ale coś mi nie wyszło.
- Nie musiałeś. – powiedziałam.
- Wolałaś wpaść na latarnię? – spytał beznamiętnym głosem.
Jakby tak o tym przez dłuższą chwilę pomyśleć, to chyba lepiej, że mnie do siebie przyciągnął. Gdyby nie on to pewnie bym miała więcej problemów niż ta ręka.
- Dobra, może i lepiej, że mnie złapałeś, ale teraz jest mały problem. – powiedziałam.
- Jaki? – spytał.
Akurat kiedy doszliśmy do płotu od mojego podwórka to Nero stał przy bramce. Zaczął głośno szczekać. Otworzyłam bramkę, pies skulił uszy i zaczął warczeć na Levi’ego. Przeszłam przez bramkę i uciszyłam psa.
- To powiesz o jaki problem chodzi? – spytał.
- Nie umiem chodzić z Nerem na smyczy trzymając w lewej dłoni, szczególnie teraz… Jak jest taki „wielki” – powiedziałam robiąc cudzysłów palcami u lewej ręki w powietrzu.
- Czyli mam z nim wychodzić na dwór? – spytał.
Pokiwałam głową.
- O ile Ci to nie sprawi problemów. – odparłam cicho.
Jednak ten już nic nie powiedział. Odwrócił się, rzucił krótkie „cześć” i poszedł… Ja natomiast zamknęłam za sobą furtkę, razem z Nerem jakoś doszłam do domu, ponieważ wcześniej mi uciekł i pomyślmy… Musiałam go gonić po cały podwórku. Kiedy go złapałam od razu zabrałam do domu. Zakluczyłam główne drzwi. Poszłam do sypialni, z szafki wyjęłam piżamę i poszłam do łazienki.
*
Po umyciu ciała jak i włosów, wyszłam z kabiny prysznicowej. Wytarłam najpierw ciało, założyłam piżamę, po czym zaczęłam suszyć włosy.
Kiedy już się całkowicie ogarnęłam w łazience, umyłam zęby i wyszłam. Zamknęłam drzwi za sobą i skierowałam się od razu do sypialni. Położyłam się na łóżku i zasnęłam…
*
Obudziłam się następnego dnia, dzwonkiem na domofon. Była dopiero 10 ugh... Wstałam i półprzytomna ruszyłam po czyste rzeczy. Poszłam wziąć poranny prysznic, po czym wytarłam ciało i założyłam czystą bieliznę jak i ciuchy. Następnie ruszyłam w stronę drzwi. Wyszłam zobaczyć, kto tam jest. To kogo zobaczyłam, to mnie zszokowało. Okazał się być to Levi, w ręce trzymał siateczkę z lekami. Ouch… Zapomniałam ich zabrać. No cóż. Podeszłam i otworzyłam mu furtkę. Nero biegał już po podwórku, więc nieco ciężej było otworzyć mi furtkę tak aby nie wybiegł.
- Dziękuję. – powiedziałam.
- Spoko. – odparł i chciał już pójść.
- Eghem… - zaczęłam.
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Wskazałam Nera dłonią. Przewrócił oczami.
- Jeśli nie chcesz to nie musisz… - powiedziałam cicho.

<Levi?>

Od Schulyer c.d: Robina


- Zamknij się... - warknął chłopak.
- Jak sobie chcesz. - mruknęłam i dodałam. - Nie masz innych, mniejszych spodenek?
- Nie. - powiedział chłopak z jajecznicą w policzku. Na szczęście jego bluzka sięga mi do połowy uda, więc zdjęłam te za duże spodenki i syknęłam.
- Daj mi jakiś pasek. - A chłopak podniósł tylko brew i wskazał na oparcie kanapy, rzeczywiście leżał tam pasek, ale on nie miał zamiaru mi go podać. - Ah. - mruknęłam i sama go wzięłam, zapiełam go na talii tak że zwykła koszulka teraz wyglądała jak sukienka. Byłam w sumie trochę głodna, więc usiadłam obok chłopaka i wyrwałam mu widelec z ręki i przejęłam jego posiłek.
- Hej, to moje. - odparł chłopak, a ja na to.
- Już nie. - uśmiechnęłam się i dodałam. - dobrze gotujesz. - i dalej zjadałam jego porcję.

Robin?