niedziela, 1 marca 2015

Od Melloow c.d: Chris'a

Spojrzałam na niego bezmyślnie. Kiedy ja ostatnio jadłam coś w porządnej knajpie? Zdecydowanie dawno.
- Byle szybciej, nie mam całego dnia - chłopak uniósł brew. Czemu się nade mną litował? Dużo chętniej wypaliłabym tego papierosa...
- No? - zniecierpliwił się.
- Cokolwiek. Zjem cokolwiek - pokiwałam głową. Nie miałam ochoty na jedzenie, tym bardziej w jego towarzystwie, ale mój żołądek od dawna domagał się czegoś jadalnego (nie starych płatków kukurydzianych zjedzonych rano z łyżką resztki mleka). Chłopak wywrócił oczami po czym zamówił jakąś ,,specjalność" firmy. Potem zapadła cisza, która była mu najwyraźniej na rękę. W tle sączyła się jakaś wesoła muzyka. Założyłam ręce na piersi, podczas gdy chłopak uważnie mi się przyglądał. Cały czas uciekałam wzrokiem. W końcu nie wytrzymałam.
- Co musicie myśleć wy, te snoby z lepszej strony o nas, takich jak ja?
- Myślę, że myślą to, co my o nich - chłopak podrapał się po karku. Normalnie mnie zatkało.
- My? Dobre sobie - wyrwał mi się śmiech. Popatrzyłam w sufit.
- Nie trzeba być człowiekiem sukcesu, żeby coś osiągnąć...
- Nie wierzę ci, to k.urwa niemożliwe - pokręciłam z niedowierzaniem głową. Chłopak skrzywił się.
- Uważaj na słowa, do końca życia mam dość tych k.urw i choler - powiedział z niesmakiem. Jaki, k.urwa laluś. Powoli zaczynałam mu wierzyć. Nie musiałam jednak mówić tego na głos, bo nadeszło danie. Kelnerka uśmiechnęła się profesjonalnie i zostawiła nas. Jadłam w ciszy, ale szczerze powiedziawszy i tak nie miałam nic do mówienia. Kiedy już coś jadłam, zazwyczaj robiłam to przed huczaczym telewizorem, włączony radiem, nie rzadko gadając przez telefon. Prawie zapomniałam jak używać sztućców... Kiedy skończyłam, chłopak odezwał się:
- Zamiast czterech paczek fajek mogłabyś kupić sobie taki obiad.
- Te cztery paczki to jedyne co w życiu mi zostało. Dziękuję, wolę suchy chleb - prawie zachichotałam.
- Twoje życie, twój interes.
- To c.holernie miłe z twojej strony, że postanowiłeś obdarzyć mnie takim pięknym prezentem jaki jest ten pyszny, boży posiłek, ale zwalam się z nóg, dlatego ci podziekuję, i spadam - wstałam i zarzuciłam na ramiona płaszcz. Zapięty i tak nie dawał wiele więcej.
- Po pierwsze się ubierz, a po drugie odprowadzę cię - powiedział zdecydowanie i także wstał.
- Nie ma mowy - pokręciłam głową i zmarszczyłam czoło.
- Nie gadaj tyle, tylko chodź - wyprowadził mnie za łokieć. Na polu mu się wyrwałam.
- Po co to robisz?! To bez sensu! Dalej będę zataczać się w tym popiepszonym klubie, a z moim życiem nie da się zrobić nic! - wybuchłam.
- Daj mi swój numer - odpowiedział.
- Ty słyszałeś co ja przed chwilą powiedziałam?
- Owszem. Numer - pogonił mnie ręką.
- Nie mam telefonu - rzuciłam zirytowana. W rzeczywistości mam, stary stacjonarny gruchot w chałupie.
- Wiem, że kłamiesz, ale nic na to nie poradzę, więc trzymaj to - wcisnął mi do ręki kawałek kartonika. Wizytówka. Christopher Jones, menedżer, jak to dumnie wygląda. Zmięłam ją i wcisnęłam do kieszeni. Mimowolnie szliśmy w stronę mojego apartamentu, chociaż to za piękna nazwa na to, co mam tam w środku. Nie jest źle, ale lususem tego nazwać nie można. Chwilę już szliśmy, a moje stopy domagały się gruntownego odpoczynku. Jutro będę miała z tysiąc c.holernych, ohydnych odcisków! Wściekła stanęłam i skopałam buty. Nogi wolę przemrozić i utaplać w błocie, niż chociażby na sekundę założyć na nie te idiotyczne szpilki! Zauważyłam, że trochę leje mi się krew z pięty. Westchnęłam i wcisnęłam buty do torby. Wiem, że jutro będę musiała ubrać je ponownie...
- Szukamy pracownicy do sklepu jubilerskiego... nie spełniasz nawet połowy kryteriów, ale jeśli chcesz cokolwiek zmienić, zadzwoń... przyjmę cię pod jednym warunkiem - powiedział kiedy stanęliśmy przed wieżowcem.
- No? - westchnęłam.
- Definitywnie zerwiesz z tamtą robotą -
potem odwrócił się i nie czekał na pożegnanie. To ten, tego...
- Dzięki, Chris..topher! - zawahałam się przed użyciem zdrobnienia. Chłopak uniósł ledwie dłoń i zniknął za budynkami.

<Chrisuncio? :3 będzie wspaniałą pracownicą, naprawdę ^^>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz