Powłócząc nogami wyszłam z salonu. Była czwarta nad ranem, a salon jeszcze miał klientów. Na szczęście szef był litościwy i pozwolił mi pójść wcześniej. Westchnęłam ciężko myśląc o moim aktualnym miejscu noclegu, które na pecha znajdowało się na drugim końcu miasta. Miałam dwie możliwości - albo czekać godzinę na autobus albo iść teraz na nogach. Kolejne westchnięcie. Ruszyłam w stronę mojej noclegowni. Minęłam jakiś pijaków siedzących na skrzyniach pod ścianą jednej z kamienic. Krzyczeli coś za mną, ale ja tylko zaczęłam biec. Potknęłam się jednak o coś i upadłam jak długa na ziemię. Próbowałam się podnieść, ale okropny ból w nodze skutecznie mi to uniemożliwiał. Zaklęłam pod nosem. Wtedy zobaczyłam jakiś cień zbliżający się do mnie. Bałam się, że to pijacy, ale owy cień wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją i jakoś udało mi się wstać.
(Ktoś? Ktokolwiek?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz