Lucas, zniknął. Tak jak myślałam, że coś się wydarzy… Tak on zniknął. Nieco się załamałam tą wiadomością, bo jednak był dla mnie nieco ważny. Co się stało to się nie odstanie. Niestety. Jednak nie mogę siedzieć załamana z tego powodu, bo w końcu znałam jeszcze Nathana, ale ten też się zamknął i jakby wymarł.
Co się dzieje? Dobra jest dużo osób pewnie, ale ja z każdym nie rozmawiam i rozmawiać nie będę. Nero już nieco podrósł, ale nie aż na tyle by się strasznie zmienił. Może pod względem, że już nie jest aż tak „szczenięcy” jak wcześniej. Oczywiście Nero jest teraz bardziej posłuszny, co jest wielkim plusem dla mnie i dla niego. Każdy dzień wyglądał tak: Poranek - Wstać, posprzątać, umyć się, ubrać, spacer z Nerem.
Popołudnie – obiad, później szłam porobić zdjęcia na mieście, później zakupy i dom.
Wieczór – oglądanie filmów, zjeść kolacje, umyć ciało i włosy, pójść spać.
I tak było w kółko.
No nie ważne, dzisiejszy dzień zaczął się od tego, że przyszedł listonosz… No i Nero jak oszalały wybiegł przez taras – zapomniałam zamknąć ostatniego wieczoru. Niestety musiałam w samej piżamie biec za psem, aby go złapać. Listonosz wybiegł za bramkę i ją zamknął. Podbiegłam do Nera.
- Do domu. – powiedziałam stanowczym głosem.
Pies szczeknął kilka razy na listonosza, ale nie poszedł do domu, powtórzyłam to, ale zdecydowanie i głośniej. Pies skulił ogonek, uszy przyległy mu do głowy i spuścił łepek. Poszedł do domu, ale wszedł przez taras. Przeprosiłam listonosza, uśmiechnęłam się i odeszłam.
Weszłam do domu, drzwiami frontowymi. Były otwarte, ciągle zaczynam zapominać o ich zamykaniu. Ech… Weszłam do środka, zakluczyłam drzwi i poszłam się ubrać. Weszłam do sypialni, z szafki wyjęłam bluzkę, która sięgała do pępka, było z napisem „RUSH”, do tego krótkie spodenki jeansowe, oczywiście założyłam bieliznę, aby nie było że chodzę bez… No, ale pomińmy to. Założyłam skarpetki – stópki. Potem poszłam do kuchni, zrobiłam sobie śniadanie – płatki z zimnym mlekiem.
Kiedy spożyłam śniadanie, poszłam umyć zęby. Zastanawiało mnie to co mam dzisiaj robić? Nie wiem, naprawdę nie wiem. To mnie tak zastanawia, że masakra. Z Nerem wyjść nie wyjdę, wybiegał się rano pewnie. Więc jakiś plus. Załatwić się załatwił pewnie gdzieś na podwórku, ale nie wiem. Popatrzyłam na siebie w lustrze, mogę wyjść na miasto. Chociaż nie… Jeszcze włosy! Pobiegłam do łazienki, uczesałam włosy, poprawiłam i było dobrze. Lekki makijaż, po czym wróciłam na przedpokój. Założyłam trampki i wyszłam z domu. Zakluczyłam drzwi, zostawiłam taras otwarty, ale nic się raczej nie stanie. Nero nie może w taki dzień siedzieć w domu. Pogoda jest zmienna, więc wzięłam wcześniej bluzę, zawiązałam rękawy z przodu, na wysokości bioder i wyszłam zza ogrodzenie. Zamknęłam bramkę i poszłam na miasto.
*
Chodziłam od jednego sklepu do drugiego. Szukałam co by sobie kupić, jakieś ciuchy, może jakieś ozdoby do domu, no po prostu nie wiedziałam co kupić. Westchnęłam ciężko. Poszłam do kawiarni. Weszłam do środka i rozejrzałam się za wolnym miejscem. Niestety wszystkie były zajęte. Chociaż… Było jedno miejsce wolne, ale przy tym stoliku siedział jakiś mężczyzna. Spojrzałam na niego, no cóż raz kosi śmierć nieprawdaż? Chłopak siedział i patrzył na swoje ręce. Nawet nie podnosił głowy. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niego. Delikatnie poklepałam go w ramię. Spojrzał na mnie kątem oka.
- Czegoś potrzebujesz? – spytał.
- Um… Mogę się dosiąść? – odpowiedziałam pytaniem.
Wyprostował się i na mnie patrzył z pogardą.
- Nie ma nigdzie indziej miejsca?
- Nie. – odparłam niepewnym głosem. – A zresztą…
Odwróciłam się i już chciałam odejść, ale chłopak szybko złapał mnie za bluzę. Lekko mnie pociągnął abym podeszła. Odwróciłam się i niepewnie do niego podeszłam.
- Dobra usiądź… - powiedział.
- Dziękuję. – odparłam cicho, że ledwo dało to się usłyszeć.
Uśmiechnął się lekko w moim kierunku. W sumie miło, że pozwolił mi się dosiąść, choć z początku sądziłam, że powie abym sobie poszukała gdzie indziej miejsca. Chociaż tak już było, ale w końcu i tak się zgodził co było… Fajne? Miłe? Uprzejme z jego strony?
- Jak masz na imię? – spytał.
Chyba chciał zacząć rozmowę. Popatrzyłam na niego z lekkim uśmiechem. Nadal nie jestem przekonana co do ludzi, ale jak mu powiem swoje imię to przecież mi nic nie zrobi, no nie?
- Kicia. – odparłam po chwili.
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, ale nic nie powiedział tylko był cicho, przez chwilę.
- Jestem Arthur. – przedstawił się.
Przytaknęłam głową. Chłopak posłał mi lekki uśmiech, chciał coś powiedzieć, nie wiem co… Ale nie zdążył. Czemu? Podeszła kelnerka i spytała się co bym chciała zamówić. Poprosiłam ją o kawę i jakieś ciastko do schrupania. Zapisała zamówienie i spytała „towarzysza”, z którym byłam czy coś jeszcze będzie zamawiał. Powiedział, że nie i dziękuję. Kobieta odeszła, a ja spojrzałam na niego.
<Arthur?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz