środa, 11 marca 2015

Od Jeremiego c.d: Malii

-Ku.rw.a nawet nie śmiej tak mówić!-Warknąłem-Po prostu ty nie umiesz jeździć. Może i jest trochę nie ujeżdżony, ale da się na nim stępować
Wydarłem się na nią. Co chwilę wylatywało jakieś przekleństwo. Miałem ochotę ją uderzyć. Wzięła swoją torebkę i wściekła wsiadła do samochodu.
-Nara! I się tu więcej nie pojawiaj!-Wrzasnąłem
-Przecież ty mnie tu przyprowadziłeś, idioto!-Miała wzrok, taki, jakby chciała mnie zastrzelić.
Trzasnąłem drzwiami od stajni i wściekły podszedłem do dębującego konia.
-Spokojnie Rozmaryn, spokojnie.-Szeptałem do niego czule-Nic ci nie zrobię.
Chciałem podejść do konia. Z trudem złapałem lonżę i się poślizgnąłem. Rozmaryn rzucił się na mnie. Szarpnąłem lonżom. Koń zadębował. Wytarłem pot z czoła. Ten gó.w.nia.rz zrobił mi wielką siarę. Trząsłem lonżą, by koń się cofnął. Chwyciłem go za wodze. Zrobiłem z nim parę wolt i ruszyłem na dwór, na padok. Uderzyłem o nogi siwego konia batem do lonżowania. Zaczął galopować. Najpierw wolno, a później coraz szybciej. Ze zmęczenia i stresu ledwo trzymałem napiętą linę. Później spuściłem konia z lonży. Położył uszy i kłusem podbiegł do mnie. Strzeliłem batem. Koń odskoczył, ale nadal miał położone uszy. Wyciągniętym galopem, spocony koń biegł wzdłuż białego płotu. Przeklinałem na tego konia. Nagle zobaczyłem ucho ogiera skierowane do mnie. Pierwszy znak. Kiwnąłem głową. O to mi chodziło. Po chwili koń spuścił głowę do ziemi. Przyjrzałem się pyskowi rumaka. Poruszał nim, tak jakby coś przeżuwał. Odłożyłem ciho bat na ziemię. Obróciłem się do konia nie patrząc na niego i czekałem. Koń nerwowo zarżał. Po parunastu minutach podszedł do mnie. Pogłaskałem go, dotknąłem jego czułych miejsc. Podniosłem jego wszystkie cztery nogi. Poklepałem go. Delikatnie przysunąłem stołek i przełożyłem nogę nad grzbietem konia. Usiadłem na niego. Delikatnie go pogłaskałem. Bez niczego-siodła, ogłowia ruszyłem stępem. Koń zwiesił łeb i zaczął parskać. "I co? Można? Można!"-Krzyczałem w myśli na Malię. Odchyliłem się lekko. Koń się zatrzymał. Zszedłem z niego i dałem marchewkę. Zamyślony tuliłem się do rumaka. Może i ogier, ale za to jaki grzeczny! Po dłuższych postanowieniach zadzwoniłem do Malii. "Poczta głosowa, nagraj wiadomość. Pyp"
-Malia, przepraszam. On nie chciał. Ten koń potrafi. Potrafi być grzeczny i posłuszny. Chciałem cię tylko przeprosić. Jeśli chcesz dalej się ze mną zadawać-wyślij smsa. Przepra...-Odezwał się dzwonek oznaczający przerwanie nagrania. Wyszedłem do stajni. Spojrzałem smutno na tabliczkę przy boksie: "Rozmaryn. Matka: Rozalia, Ojciec: Teksas von Degh. 2013.06.03". Wziąłem zgrzebło i szczotkę. Ze spokojem wyczyściłem konia. Jego biała sierść stawała się powoli jaśniejsza. Odłożyłem narzędzia i zacząłem rozplątywać palcami grzywę. Wyczyściłem mu jeszcze kopyta. Zwykle nie chciał podawać, kopał przy tym. Ale jednak terapia join-up dała swoje. Koń był spokojny, nie kładł uszu.
-Piękny konik-Pocałowałem konika w czoło odgarniając mu grzywkę
Wrzuciłem mu do karmidła garstkę owsa i wyszedłem z boksu. Wziąłem miotłę. Gwiżdżąc ogarnąłem stajnię i wszedłem do domu. Przeczytałem parę rozdziałów książki, po czym ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie zupkę chińską. Gdy była gotowa, zaniosłem ją na stół. Dmuchnąłem na łyżkę z zupą. Uch! Gorąca! Gdy troszkę ostygła, zjadłem ją. Puściłem na full muzykę. Klapnąłem się na łóżko i wczułem się w muzykę.


<Malia?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz