Wyszedłem na balkon za chłopakiem i stałem tam patrząc na niego. Kiedy się tak odchylił wszystko miał napięte.
- Chcesz czegoś?- odezwał się nagle.
- Mogę sobie wziąść coś do picia?
- Jasne... bierz co tam chcesz- machnął niedbale dłonią. Poszedłem do kuchni, wziąłem sok pomarańczowy i znalazłem czystą szklankę. Nalałem go i podreptałem do Josh'a- Jak tam ręka?
- Źle, boli jak diabli...
- Sorry, odruch obronny.
- No przecież wiem, mówiłeś już o tym.
- Co sobie wziąłeś?
- Sok pomarańczowy.
- Lubisz pomarańcze?
- Bardzo.
W tym momencie zastała niezręczna cisza, chłopak ponownie odchylił się na krześle, a ja usiadłem na stoliku. Przebierałem nogami. Wziąłem łyk soku i spojrzałem na miasto. Było pięknie, Josh ma nosa do tych spraw.
- Zawsze musisz siadać na stole?- przerwał długą chwilę ciszy.
- Tak.
- Czemu?
- Z przyzwyczajenia... ładne to twoje mieszkanko...
(Josh? Wiosenny zanik weny ;-;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz