Dźwięk telefonu. Specjalnie ustawiona piosenka informowała mnie, że dzwoni Zuzanna. Czego ona chce? Zirytowałam się lekko. Zauważyłam ostatnio, że ludzie mnie denerwują. To znaczy bardziej niż zwykle.
-Sprawdź Liona. To znaczy Liolela.-usłyszałam od razu po odebraniu.
-Niby dlaczego?-warknęłam.
-Przed chwilą spotkałam go w parku, nie dość, że narąbany jak messerschimtt, to jeszcze naćpany.-No i tu mnie zatrzymało. Lionell ćpa? Nie mogę w to uwierzyć.
-To nie możliwe.
-Ależ owszem. Jeśli chociaż trochę Ci na nim zależy, znalazłabym go, zanim przeczytasz nekrolog.-rzuciła i rozłączyła się. Ogarnęły mnie tak ogromne wyrzuty sumienia, że aż się popłakałam. Bałam się o Lionella i postanowiłam go znaleźć i doprowadzić do ładu. A przede wszystkim przeprosić.
***
Wchodząc do jego kamienicy zauważyłam, że drzwi balkonowe są otwarte. A gdy przyszłam pod jego drzwi wejściowe, okazało się, że te są zamknięte na głucho. Nie zamierzałam się dobijać, tylko skorzystać z mego spostrzeżenia. Wyszłam spowrotem przed kamienicę i zdjęłam z siebie wojskowy plecak, ten z typu mam-w-nim-wszystko. Wyjęłam wzmacniane kevlarem rękawiczki, założyłam je, założyłam plecak, zapięłam go i po krótkiej "rozgrzewce" zaczęłam wspinać się po balkonach. Szczęście, że to drugie piętro, ale i tak nie polecam tej formy rozrywki. Chyba, że na ściance wspinaczkowej z zabezpieczeniem.
Wbiłam do mieszkania Lionella przez drzwi balkonowe i gdyby nie determinacja i wyrzuty sumienia opuściłabym je tą samą drogą, tym razem bez zabawy w kobietę-pająka. Syf, kiła i mogiła. Kiedyś mówiłam sobie, że lepiej mieć burdel w pokoju niż pokój w burdelu (co jest świętą racją), ale w takim syfie to bym zdechła.
Lionell leżał rozwalony na kanapie i pochrapywał. Dookoła niego leżały rozwalone flaszki, a na stoliku walały się strzykawki i biały proszek. Zaklęłam szpetnie i wyciągnęłam z apteczki znajdującej się w mym plecaku cienkie lekarskie rękawiczki. Waliło od niego jak z gorzelni, miał pokłute ręce. Ranki wskazywały na to, że ostatnią dawkę wziął po południu, a był wieczór. Był przytomny. Odeszłam od niego, zamknęłam drzwi balkonowe i podeszłam do wejsciowych. Otworzyłam je, wzięłam klucze i zaczęłam przegrzebywać szafki w celu spakowania kilku Lionowych ubrań. Po tym zabiegu podeszłam do niego i zaczęłam klepać go po twarzy, potrzasać nim i wołać go po imieniu. Po jakimś czasie zareagował-otworzył oczy i zaczał mamrotać. Poświeciłam mu latarką w oczy i z ulgą stwierdziłam, że źrenice reagują normalnie i nie są powiększone. Schowałam latarkę do plecaka.
-No, przyjacielu. Wstajemy.
Po kilku próbach udało mi się go wyprowadzić z mieszkania. Zamknęłam je i z trudem zeszliśmy po schodach. On nie wytrzeźwiał jeszcze na tyle, by bardzo dobrze kontaktować, ale przynajmniej nie musiałam go wlec. Doszliśmy do najbliżego postoju taksówek. Była tam tylko jedna taksówka i gdy jej kierowca nas zauważył wsiadł do środka i udawał, że go nie ma. Zirytowana załomotałam w szybę. Nie będzie mnie jakiś stary dziad denerwował.
-Nie pomagam ćpunom i pijakom.-oznajmił, lekko uchylajac drzwi. Wsadziłam między nie stopę, żeby ich nie zamknął. Na szczęście nie zatrzaskiwał och z impetem.
-Panie, ku*wa, ch*j mnie obchodzi pana kodeks moralny, rozumie pan? Niech mnie pan zawiezie, zapłacę panu podwójnie.-powiedziałam, a facet spojrzał na mnie i w końcu skinął głową. Zapakowałam śniętego Liona, zapięłam go w pasy i sama wsiadłam. Podałam skrzywionemu kierowcy adres.
-Bez komentarzy i bez stękania, bo nie będzie napiwku.-zagroziłam.
Po dziesięciu minutach byliśmy pod moim apartamentowcem. Zapłaciłam kierowcy, któremu oczy zaświecily się, gdy zobaczył, ile zarobił i wysiedliśmy. Po kolejnych 5 minutach byliśmy u mnie w domu.
***
Było koło 6 rano gdy Lion zaczął się budzić. Najwyraźniej wytrzeźwiał. Ja od czasu gdy go przyprowadziłam siedziałam i patrzyłam się na niego, a obok mnie wyrosła puszka po energetyku i filiżanka po kawie szatanie. Mimo to byłam straszliwie zmęczona. Szybko poszłam do kuchni i uszykowałam szklankę z wodą i z "antykacem".
-...uuurwa... Mój łeb... Dlaczego nie wziąłem tych dragów? Łeb by mnie tak nie napier.. No gdzie one są?!-usłyszałam. Lion rozejrzał się po mieszkaniu.-Ja pier... Gdzie ja jestem?!
Postawiłam przed nim na ławie szklankę z lekiem i usiadłam naprzeciwko. Spojrzał na mnie i zrobił minę jakby zobaczył ducha.
-No nie pier*ol...
-Proszę, wypij to. Nie będzie bolała Cię głowa.
-Nic nie będę pił.-warknął i na czuja poszedł do drzwi. Zamknięte na wszystkie zamki, ani śladu po kluczach. Wściekły wrócił do mnie.
-Więzisz mnie tu? Moje klucze też zabrałaś?!
-Chciałam Ci pomóc. Proszę, wypij to. Pomoże Ci.-powiedziałam spokojnie. On podszedł, duszkiem wypił zawartość szklanki i spojrzał na mnie.
-No i co? Wypuscisz mnie teraz?
-Nie. Najpierw chciałam z Tobą porozmawiać. I Cię przeprosić.-głos mi się załamal a do oczu napłynęły łzy.-Chodź za mną.-podeszłam do niego, ujęłam go za rękę i krętymi schodami poprowadziłam go na mój prywatny taras znajdujący się nad mym mieszkaniem. Łzy leciały mi po policzkach, ale trzymając go za rękę patrzyłam się na wschodzące Słońce. W końcu odwróciłam się do niego.
-Przepraszam Cię.-powiedziałam patrzac mu w oczy, a łzy poleciały mi ciurkiem.-Nie powinnam była tak mówić, nie powinnam dać Ci odejść. Mogłam Cię wysłuchać, a wtedy to wszystko nie miałoby miejsca.-powiedziałam.-Przepraszam Cię. Czuję się winna.
-Octavia...-jego zatwardziałość zniknęła.
-Nie, to na prawdę moja wina. Wszystko przeze mnie. Przepraszam Cię.
-Octavia... Nic się nie stało.
-Zacząłeś przeze mnie ćpać, nie rozumiesz tego? Myślę, że to wielkie szczęście, że po tych dragach nie znalazłam Cię martwego. Nie wiem co wtedy bym sobie zrobiła.-mój głos stał się lekko zachrypnięty, pociągałam nosem. Otarłam łzy wierzchem dłoni i odwróciłam się na powrót do wschodzącego słońca i panoramy miasta.
-Zobacz.-powiedziałam.-Gdyby ktoś zaoferował mi całe to miasto, a nawet więcej, wszystko co w jakiś sposób cenne na tym świecie, odmówiłabym. Nie prosiłabym o inteligencję, o władzę, ani o to, żeby być najpiękniejszą. Poprosiłabym o Ciebie. Wiem, że brzmi to jak głupie romansidło dla gimbusek, ale... Pomimo tego, że prawie nic o Tobie nie wiem... Myślę, że czuję do Ciebie coś głębszego i głupio mi, że wystawiłam to na próbę. Zrozumiem, jeśli ty nie czujesz tego do mnie, pozwolę Ci iść, ale będziesz musiał obiecać, że już nigdy nie weźmiesz żadnych narkotyków. Co z resztą w pierwszej sytuacji też musiałbyś mi obiecać.-Uśmiechnęłam się i po chwili skarciłam się za głupi optymizm. Obróciłam się z powrotem do niego. Spojrzałam na niego.
-Przepraszam, Lion, ale ja Cię kocham.
Lionku? *-*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz