niedziela, 5 lipca 2015

Od Octavii CD Liona

Dźwięk telefonu. Specjalnie ustawiona piosenka informowała mnie, że dzwoni Zuzanna. Czego ona chce? Zirytowałam się lekko. Zauważyłam ostatnio, że ludzie mnie denerwują. To znaczy bardziej niż zwykle.
-Sprawdź Liona. To znaczy Liolela.-usłyszałam od razu po odebraniu.
-Niby dlaczego?-warknęłam.
-Przed chwilą spotkałam go w parku, nie dość, że narąbany jak messerschimtt, to jeszcze naćpany.-No i tu mnie zatrzymało. Lionell ćpa? Nie mogę w to uwierzyć.
-To nie możliwe.
-Ależ owszem. Jeśli chociaż trochę Ci na nim zależy, znalazłabym go, zanim przeczytasz nekrolog.-rzuciła i rozłączyła się. Ogarnęły mnie tak ogromne wyrzuty sumienia, że aż się popłakałam. Bałam się o Lionella i postanowiłam go znaleźć i doprowadzić do ładu. A przede wszystkim przeprosić.
***
Wchodząc do jego kamienicy zauważyłam, że drzwi balkonowe są otwarte. A gdy przyszłam pod jego drzwi wejściowe, okazało się, że te są zamknięte na głucho. Nie zamierzałam się dobijać, tylko skorzystać z mego spostrzeżenia. Wyszłam spowrotem przed kamienicę i zdjęłam z siebie wojskowy plecak, ten z typu mam-w-nim-wszystko. Wyjęłam wzmacniane kevlarem rękawiczki, założyłam je, założyłam plecak, zapięłam go i po krótkiej "rozgrzewce" zaczęłam wspinać się po balkonach. Szczęście, że to drugie piętro, ale i tak nie polecam tej formy rozrywki. Chyba, że na ściance wspinaczkowej z zabezpieczeniem.
Wbiłam do mieszkania Lionella przez drzwi balkonowe i gdyby nie determinacja i wyrzuty sumienia opuściłabym je tą samą drogą, tym razem bez zabawy w kobietę-pająka. Syf, kiła i mogiła. Kiedyś mówiłam sobie, że lepiej mieć burdel w pokoju niż pokój w burdelu (co jest świętą racją), ale w takim syfie to bym zdechła.
Lionell leżał rozwalony na kanapie i pochrapywał. Dookoła niego leżały rozwalone flaszki, a na stoliku walały się strzykawki i biały proszek. Zaklęłam szpetnie i wyciągnęłam z apteczki znajdującej się w mym plecaku cienkie lekarskie rękawiczki. Waliło od niego jak z gorzelni, miał pokłute ręce. Ranki wskazywały na to, że ostatnią dawkę wziął po południu, a był wieczór. Był przytomny. Odeszłam od niego, zamknęłam drzwi balkonowe i podeszłam do wejsciowych. Otworzyłam je, wzięłam klucze i zaczęłam przegrzebywać szafki w celu spakowania kilku Lionowych ubrań. Po tym zabiegu podeszłam do niego i zaczęłam klepać go po twarzy, potrzasać nim i wołać go po imieniu. Po jakimś czasie zareagował-otworzył oczy i zaczał mamrotać. Poświeciłam mu latarką w oczy i z ulgą stwierdziłam, że źrenice reagują normalnie i nie są powiększone. Schowałam latarkę do plecaka.
-No, przyjacielu. Wstajemy.
Po kilku próbach udało mi się go wyprowadzić z mieszkania. Zamknęłam je i z trudem zeszliśmy po schodach. On nie wytrzeźwiał jeszcze na tyle, by bardzo dobrze kontaktować, ale przynajmniej nie musiałam go wlec. Doszliśmy do najbliżego postoju taksówek. Była tam tylko jedna taksówka i gdy jej kierowca nas zauważył wsiadł do środka i udawał, że go nie ma. Zirytowana załomotałam w szybę. Nie będzie mnie jakiś stary dziad denerwował.
-Nie pomagam ćpunom i pijakom.-oznajmił, lekko uchylajac drzwi. Wsadziłam między nie stopę, żeby ich nie zamknął. Na szczęście nie zatrzaskiwał och z impetem.
-Panie, ku*wa, ch*j mnie obchodzi pana kodeks moralny, rozumie pan? Niech mnie pan zawiezie, zapłacę panu podwójnie.-powiedziałam, a facet spojrzał na mnie i w końcu skinął głową. Zapakowałam śniętego Liona, zapięłam go w pasy i sama wsiadłam. Podałam skrzywionemu kierowcy adres.
-Bez komentarzy i bez stękania, bo nie będzie napiwku.-zagroziłam.
Po dziesięciu minutach byliśmy pod moim apartamentowcem. Zapłaciłam kierowcy, któremu oczy zaświecily się, gdy zobaczył, ile zarobił i wysiedliśmy. Po kolejnych 5 minutach byliśmy u mnie w domu.
***
Było koło 6 rano gdy Lion zaczął się budzić. Najwyraźniej wytrzeźwiał. Ja od czasu gdy go przyprowadziłam siedziałam i patrzyłam się na niego, a obok mnie wyrosła puszka po energetyku i filiżanka po kawie szatanie. Mimo to byłam straszliwie zmęczona. Szybko poszłam do kuchni i uszykowałam szklankę z wodą i z "antykacem".
-...uuurwa... Mój łeb... Dlaczego nie wziąłem tych dragów? Łeb by mnie tak nie napier.. No gdzie one są?!-usłyszałam. Lion rozejrzał się po mieszkaniu.-Ja pier... Gdzie ja jestem?!
Postawiłam przed nim na ławie szklankę z lekiem i usiadłam naprzeciwko. Spojrzał na mnie i zrobił minę jakby zobaczył ducha.
-No nie pier*ol...
-Proszę, wypij to. Nie będzie bolała Cię głowa.
-Nic nie będę pił.-warknął i na czuja poszedł do drzwi. Zamknięte na wszystkie zamki, ani śladu po kluczach. Wściekły wrócił do mnie.
-Więzisz mnie tu? Moje klucze też zabrałaś?!
-Chciałam Ci pomóc. Proszę, wypij to. Pomoże Ci.-powiedziałam spokojnie. On podszedł, duszkiem wypił zawartość szklanki i spojrzał na mnie.
-No i co? Wypuscisz mnie teraz?
-Nie. Najpierw chciałam z Tobą porozmawiać. I Cię przeprosić.-głos mi się załamal a do oczu napłynęły łzy.-Chodź za mną.-podeszłam do niego, ujęłam go za rękę i krętymi schodami poprowadziłam go na mój prywatny taras znajdujący się nad mym mieszkaniem. Łzy leciały mi po policzkach, ale trzymając go za rękę patrzyłam się na wschodzące Słońce. W końcu odwróciłam się do niego.
-Przepraszam Cię.-powiedziałam patrzac mu w oczy, a łzy poleciały mi ciurkiem.-Nie powinnam była tak mówić, nie powinnam dać Ci odejść. Mogłam Cię wysłuchać, a wtedy to wszystko nie miałoby miejsca.-powiedziałam.-Przepraszam Cię. Czuję się winna.
-Octavia...-jego zatwardziałość zniknęła.
-Nie, to na prawdę moja wina. Wszystko przeze mnie. Przepraszam Cię.
-Octavia... Nic się nie stało.
-Zacząłeś przeze mnie ćpać, nie rozumiesz tego? Myślę, że to wielkie szczęście, że po tych dragach nie znalazłam Cię martwego. Nie wiem co wtedy bym sobie zrobiła.-mój głos stał się lekko zachrypnięty, pociągałam nosem. Otarłam łzy wierzchem dłoni i odwróciłam się na powrót do wschodzącego słońca i panoramy miasta.
-Zobacz.-powiedziałam.-Gdyby ktoś zaoferował mi całe to miasto, a nawet więcej, wszystko co w jakiś sposób cenne na tym świecie, odmówiłabym. Nie prosiłabym o inteligencję, o władzę, ani o to, żeby być najpiękniejszą. Poprosiłabym o Ciebie. Wiem, że brzmi to jak głupie romansidło dla gimbusek, ale... Pomimo tego, że prawie nic o Tobie nie wiem... Myślę, że czuję do Ciebie coś głębszego i głupio mi, że wystawiłam to na próbę. Zrozumiem, jeśli ty nie czujesz tego do mnie, pozwolę Ci iść, ale będziesz musiał obiecać, że już nigdy nie weźmiesz żadnych narkotyków. Co z resztą w pierwszej sytuacji też musiałbyś mi obiecać.-Uśmiechnęłam się i po chwili skarciłam się za głupi optymizm. Obróciłam się z powrotem do niego. Spojrzałam na niego.
-Przepraszam, Lion, ale ja Cię kocham.
Lionku? *-*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz