- Martin? - widać, że myślami błądzi gdzie indziej.
Ciekawe gdzie.
- Hm? - dalej nad czymś intensywnie myślał.
- Wiem, że to nie znaczy, że się znamy. To, że znamy swoje imiona. Jednak uważam, że od czegoś trzeba zacząć. To bardzo dobry początek znajomości, no nie? Oczywiście, jeśli nie chcesz tej znajomości kontynuować, to sobie pójdę i zapomnimy o tym jakże niezręcznym wypadku.
Wciągnął powietrze i popatrzył na mnie z paniką w oczach.
- Nie!
- Co niet? Będziemy jednak przyjaciółmi? - zapytałem z nadzieją. - Czy może, że będziemy o tym pamiętać? Ja bym wolał osobiście zapomnieć, bo to było jedno wielkie nieporozumienie.
- Nie! Znaczy tak! Znaczy nie pozwolę ci nigdzie samemu chodzić w takim stanie! Możesz być niebezpieczny dla innych i w ogóle.
Wyprostowałem się i popatrzyłem na niego z wyrzutem. Nagle straciłem ochotę do tłumaczenia mu, że jestem w stu procentach trzeźwy. Nie mam zamiaru być dla nikogo niebezpieczny, chociaż w tej chwili miałem ochotę przyłożyć Martinowi w facjatę. Zamiast tego uśmiechnąłem się do niego przepraszająco i zarzuciłem na siebie bluzę, nie zapinając jej. Jakoś wytrzymam ten gorąc, a wolę się nie spiec. Bardzo mnie boli, gdy moja skóra się spiecze na słońcu.
- Co robisz?
- Do swidaniya - westchnąłem. - Albo może i nie.
Zacząłem biec przed siebie. Stwierdziłem, że najlepiej będzie się dostać do mojego mieszkania. Spojrzałem za siebie, ale nikt za mną nie podążał. Szkoda. Skrycie żywiłem nadzieję, że za mną pobiegnie. Wydawał się być nawet sympatyczny. Dotarłem do drzwi do klatki schodowej. Już miałem wejść do środka, ale zatrzymałem się. Stałem tak przez chwilę kiwając się w przód i w tył. Może jeszcze dobiegnie? Zaprosiłbym go na herbatę. Nie pościeliłem łóżka, o rany. Ale powinno być znośnie, niedawno odkurzałem... No dalej Martin. Jeśli nie przybiegniesz, to będę skazany na samotne picie herbaty. Samotność jest gorsza od narkotyków, wiesz?
< Martin? o rany ale się rozpisałam xd >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz