Sherlock szedł spokojnie ulicą, otoczony przez wysokie do bólu wieżowce. Za każdym razem, gdy pojawiał się jakiś nowy przechodzeń lekko się uśmiechał. Byli tacy łatwi do rozgryzienia. Nigdy nie mógł się nadziwić, jak ludzie mogą nic o nim nie wiedzieć. Przecież można z niego czytać jak z otwartej księgi.
Rozmyślania przerwała mu niewysoka, rudawa istota z wilkiem na smyczy. Uderzyła w niego z zaskakującym impetem, jak na osobnika niewielkiego wzrostu. Byłaby się przewróciła, ale Holmes w ostatniej chwili złapał ją za ręce i przyciągnął do siebie. Dziewczyna wybąkała niezbyt szczere "przepraszam". Popatrzył na jej ręce i skojarzył fakty. Och, uwielbiał się popisywać.
- Nie szkodzi. - uśmiechnął się lekko. - Po śladach na rękach wnioskuję, że miałaś trudne dzieciństwo. Podejrzewam, że ojciec nie liczył się z Tobą zbytnio. Później się zabił, ty też próbowałaś. W twojej wypowiedzi usłyszałem delikatny francuski akcent. Czyżbyś nie urodziła się tutaj? Psa, a raczej wilka masz od szczeniaka, jest twoim odzwierciedleniem. A mieszkasz tam. - wskazał ręką Holiday Inn Express Manhattan Times Square. - Jestem Sherlock Holmes, miło mi. - dodał i ruszył z uśmiechem dalej.
<Schuler?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz