Był wczesny poranek, słońce wolno wychylało się zza wieżowców kiedy wychodziłam z mieszkania. Vanessa spała jak zabita, a Lamia krzątała się chcąc zdążyć na tramwaj na uniwersytet. Rzuciłam jeszcze:
- Pa, wrócę wieczorem - i wyszłam na klatkę schodową. W windzie spotkałam jeszcze miłego staruszka z wyższego piętra, który jak zawsze o wschodzie słońca wyprowadzał swojego charta. Na ulicy pomimo wczesnej pory był spory ruch. Zawsze dziwiło mnie dokąd ci ludzie tak pędzą. Jedno było pewne, to nie moja dawna dzielnica...
W parku biegają, dla rekreacji lub spieszą się. Usiadłam na ławce, z torby wyjęłam zeszyt i ołówek. Kilka metrów dalej siedziała na przystanku jakaś dziewczyna, trzęsąca się ze zmartwienia. Pewnie autobus jej uciekł. Właśnie, autobus. Spojrzałam na zegarek - szósta trzydzieści. Do spotkania mam godzinę. Rozejrzałam się. Ścieżki, ścieżki, ścieżki i... Lody. Podeszłam to budeczki, gdzie pracowała śliczna dziewczyna o cerze lalki porcelanowej. Co smutne, była bardzo młodziutka.
- To co zwykle - powiedziałam podchodząc.
- Nie wyglądasz na częstego gościa - odparł facet, który przyszedł zaraz po mnie.
- Dlaczego? - uśmiechnęłam się lekko.
- Bo jesteś strasznie chuda... - zaśmiał się.
- I brzydka? - dodałam. - Wiesz nie lubię ludzi przesadnie pewnych siebie.
- Czemu?
- Bo są to ludzie, którzy nie doceniają prostych rzeczy.
- Wszyscy?
- Nie- odparłam. - Jestem Esperanse.
(Rick?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz