Przez ułamek sekundy myślałam, że przywali też mi. Zakryłam usta dłońmi, i jak w amoku patrzyłam na dalszy obrót spraw. Kiedy kipiąc wściekłością wyszedł, a raczej wypadł od fotografa, popatrzyłam na papier, który walał się po podłodze.
,,Wypowiedzenie stanowiska pracy" - przeczytałam. To znaczy, że mnie zwalnia, tak? Tak?!
- Kurw.a mać, Melloow do c.holery, kto to był?! - wydarł się fotograf trzymając za głowę.
- To... To mój były... - odpowiedziałam łamiącym się głosem gniotąc za plecami zwolnienie. Gdyby dowiedzieli się, że pracuję gdzie indziej, nie dostałabym kasy za sesję. Kasy, która na obecną chwilę jest niezbędna.
- Co ty p.ierdolisz?! - krzyknął Matthew.
- To wariat, nie znam go - odpowiadałam, trzęsącymi rękoma zakładając ubrania. - Dokończmy jutro, proszę - rzuciłam zapinając bluzkę.
- Jakie jutro?! Nie będzie żadnego jutra! Matt przeleje ci kasę dzisiaj wieczorem i do widzenia! - wydarł się fotograf.
- Nie, proszę! - wyraz mojej twarzy momentalnie się zmienił. Teraz byłam naprawdę przerażona. - Mówiliście, że jestem dobra!
- Nie możemy pozwalać sobie na takie akcje. Wyjdź - wskazał drzwi Matt.
- Proszę... - moje spojrzenie było błagalne.
- Albo wezwę policję. Tak czy siak wezwę... - pokręcił głową patrząc na fotografa, któremu asystentka przykładała lód do szczęki. Rzucił mi mordercze spojrzenie. - Zadzwonię do ciebie w celu ustalenia jego tożsamości. Żegnam.
- To nie moja wina... - próbowałam jeszcze zacząć, ale z moich ust wydobył się tylko szloch. Kiedy mężczyzna wyciągnął komórkę, szybkim krokiem stamtąd wyszłam. Powinnam czuć wściekłość i nienawiść, a jedyne co czułam to bezradność i ból. Łzy stanęły mi w oczach. Już widzę siebie na komisariacie, pojmaną za odmowę składania zeznań. Słona ciecz spływała po policzkach, brodzie i kapała z czubka nosa. Zamazywała widzenie i utrudniała poruszanie się. W tej chwili chciałam tylko dojść do domu, rzucić się do łóżka i nigdy nie obudzić. Nie miałam nawet siły na obtarcie oczu. W chwili gdy wkraczam do wieżowca, uświadamiam sobie, po co to wszystko. Dla tego chama?!
Kiedy wkraczam do mieszkania, robi mi się niedobrze na widok panującego burdelu. Nie warto sprzątać, i tak najdalej za miesiąc mnie stąd wyeksmitują, nie mam pieniędzy na czynsz, na podatek, na wodę, na prąd, na gaz. Dopiero teraz ujawnia się szalona furia. Wyciągam świstek zapisanego papieru i targam go na milion małych kawałeczków. Nigdzie więcej się nie podpiszę! To miała być nowa droga, a teraz jestem w jeszcze większej DUPIE niż byłam! Na usta cisną mi się przekleństwa, dużo przekleństw, jest mi źle. Tak cholernie, skurwysyńsko źle. Ryczę, łzy ciurkiem lecą z moich oczu. Mam dość, mam dość tego zasranego życia, wkur.wia mnie! Łzy ponownie ciekną po policzkach. Są słone, drażnią oczy, płyną razem z tuszem, stanowczo za drogim tuszem. Mam ochotę wyrwać się z tego ohydnego mieszkania i wybiec jak stoję na pole. Biec tak kurw.a z dwadzieścia kilometrów. Gdzie mnie nogi poniosą, na pewno by mi przeszło. Chcę coś robić, ale zamiast tego przygryzam wargę i ryczę. Płacz daje chwilowe ukojenie i jeszcze większą rozpacz. To pomaga, jak ch.olera pomaga. Morte ociera mi się o nogi, miauczy niecierpliwie. Podnoszę ją i przytulam, wbija mi pazury w rękę i drapie.
Nienawidzi podnoszenia, chodziło jej o żarcie.
Mimo to uspokoiłam się trochę. W jednej sekundzie nie chciało mi się robić nic, w drugiej kipiałam energią. Nasypałam karmy kotu i wciągnęłam się w wir porządków. W chwili gdy natknęłam się na podarty dokument, moim pierwszym odruchem była chęć wywalenia tego przez okno. Powstrzymałam się jednak i starannie schowałam wszystko do kieszeni płaszcza.
Wywalanie śmieci, zamiatanie i zmywanie zdawało się nie mieć końca, ale kiedy już wszystko było w przyzwoitym stanie, była już noc dlatego nie miałam czasu na rozmyślania. Założyłam soczewki, które piekły niemiłosiernie w opuchnięte oczy, ale chociaż nie pozwalały mi beczeć i zgasiłam światło. Leżałam w ciemności, słuchając brutalnej rzeczywistości czyli dźwięków ulicznych. Chętnie dałabym upust emocjom, chlipiąc sobie w poduszkę, ale soczewki skutecznie mi to uniemożliwiały. I dobrze.
***
Obudziłam się, czy raczej obudził mnie ostry dźwięk telefonu. Nie wiem, czy dzwonił Chris, Matt, podatnik czy ktokolwiek inny, bo zwyczajnie nie wstałam. Gdy popatrzyłam na budzik, była godzina dziesiąta rano, idealna pora na wstanie. Spodziewając się wizyty policji, postanowiłam wyjechać. Nie na stałe, głupki. Za miasto, na jeden dzień, do pewnej kobieciny, która wisi mi przysługę. Pojadę autobusem i spędzę upojne chwile na łonie natury. To moje pierwsze 24 godziny wolnego, których nie zamierzam zmarnować. Biorę szeroką torbę i wkładam do niej kota. Jej też się coś należy od życia, prawda? Ze stoickim spokojem zamykam drzwi, powoli chowam klucze i wychodzę z budynku. Melloow la Gladius, teraz czas się zatrzymał!
***
Następnego ranka obudziłam się wypoczęta i zrelaksowana. Dzień na wsi pozwolił zapomnieć mi o wszystkich i wszystkim, w szczególności o takim jednym panie. Dzisiaj jednak mam zamiar ostatecznie rozwiązać tę sprawę. Wstałam i ruszyłam do łazienki. Wory pod oczami i zmęczona cera były wyraźne, ale dzisiaj robię sobie przerwę od make - up'u. Ten jeden, pewnie ostatni raz, niech Christopher zobaczy mnie bez makijażu, którego z resztą nienawidzę. Włosy? Kto by się nimi przejmował, jak wstałam, takie są. Nie mam zamiaru tracić ani sekundy na zadowalanie jego oczu. Odgarnęłam kłaki do tyłu i uśmiechnęłam się do lustra. Z szafy wyciągam wymiętą, czarną bluzkę, a raczej szmatę, która zdecydowanie nie nadawała się do noszenia, była jednak jednym z moich ulubionych ubrań. Czarne, bezkształtne getry i znoszone glany. Na wierzch płaszcz. Wychodząc, stwierdziłam, że wyglądam jak czupiradło. Brakuje tylko rozmazanego makijażu, i mogę występować w sztuce pt. ,,Nieśmy pomoc ubogim mieszkańcom wysypisk śmieci!". Chyba pierwszy raz w historii czułam się dobrze w ciuchach za pięć złotych. Póki mnie odwaga nie opuściła, kroczyłam do jubilera. Takiego jednego, nie znacie.
Przed drzwiami zatrzymałam się i zabrałam głęboki oddech. Jeśli zrobię to, co mam zamiar zrobić, to potem śmiało będę mogła określać się mianem odważnej. Mocno popycham drzwi, nawet nie patrzę na ekspedientki, tylko od razu kieruję nogi do części biurowej. Nagle jedna nieskazitelna blondi zastępuje mi drogę. Wygląda tak perfekcyjnie, że czuję się przy niej jak osoba spod mostu.
- Mogę czymś pani służyć? - pyta zimno, choć wcale nie wygląda na taką, która ma ochotę mi służyć.
- Tak, możesz sunąć zad? - zapytałam próbując ją wyminąć.
- Była pani umówiona? Pana Christophera dziś nie ma - rozłożyła ręce w przejściu.
- Ależ owszem, posiadam telepatyczne zdolności umawiania się na odległość. Melloow la Gladius, mówi to coś? - zapytałam przekrzywiając głowę zadziornie. Na jej twarzy wymalowało się zdumienie.
- Zdaje mi się, że pan Christopher zakazał pani wstępu do tego sklepu. Proszę natychmiast opuścić budynek! - złapała mnie za łokieć i wskazała drzwi.
- Puszczaj mnie! - krzyknęłam, zamachnęłam się i z całej siły przyłożyłam jej z liścia. Kobieta oszołomiona puściła mnie, a ja wykorzystałam okazję i pobiegłam w kierunku biur. Za sobą usłyszałam tylko: ,,ochrona? Mamy wariatkę w sklepie, kieruje się w stronę gabinetu Christophera!". Zdyszana przystanęłam przed ciężkimi drzwiami ze srebrną tabliczką ,,Christopher Jones".
,,To wszystko twoja wina, dziecinko" - zadźwięczał mi w głowie cichy, ale natrętny głosik. Nakazałam mu się zamknąć.
,,Zaraz zlecą się goryle, masz sekundę na zastanowie..." po prostu pchnęłam drzwi. Chłopak siedział przy biurku, kreślił coś na kartce. Podniósł szybko głowę. Przez jego twarz w ciągu sekundy przemknęło milion emocji.
- Co ty... - zaczął sycząc, ale bezceremonialnie weszłam mu w słowo.
- Po pierwsze, nie mówiłeś nic o pozowaniu. To, że nie miałeś o tym pojęcia, nie ma żadnego znaczenia. Przez ciebie straciłam wszystkie trzy źródła utrzymania. Po drugie, muszę ci chyba coś oddać. W dupie mam twoje wypowiedzenie - rzuciłam i ostentacyjnie sypnęłam mu deszczem papierków. Śnieżne konfetti zaśmieciło jego nieskazitelnie czystą podłogę. Pewnie te blondyny liżą ją co wieczór.
Chyba chciał coś powiedzieć, ale ja jeszcze nie skończyłam. - I po trzecie... Pocałowałeś mnie. Namiętnie pocałowałeś - wysyczałam dysząc.
<Chrisiu? Ona wcale nie żałuje za swoje winy :c musisz jej chyba przylać ;/>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz